Polscy wynalazcy, o których świat zapomniał

Categories Historia

„Edison z Galicji”, twórcy wykrywacza min i wycieraczek samochodowych. Odkurzamy pamięć o polskich wynalazcach.

Może nasze uniwersytety nie są w pierwszej setce najważniejszych uczelni świata, a polskie firmy nie są tak innowacyjne jak te z Doliny Krzemowej, ale o tym, że nasi rodacy potrafią zaskoczyć świat i dać mu ważne odkrycia, historia przekonała nas niejednokrotnie. Poniżej sylwetki kilku wynalazców, których nazwisk może nie znamy, ale ich wynalazki albo towarzyszą nam do dziś w niezmienionej formie, albo zostały udoskonalone przez późniejszych naukowców.

Człowiek z marzeń

Gdyby Andrzej Wajda za swego życia chciał nakręcić film o Ignacym Łukasiewiczu, mógłby go zatytułować „Człowiek z marzeń”, a współcześni coachowie mogliby Łukasiewicza przedstawiać jako przykład człowieka, który walczył do końca, nawet gdy wszystko wskazywało na to, że tym razem już naprawdę się nie uda.

Łukasiewicz urodził się w 1822 roku w Zadusznikach  (wieś w dzisiejszym powiecie mieleckim) w wielodzietnej rodzinie. Jego ojciec był weteranem powstania kościuszkowskiego i wpoił synowi silne poczucie patriotyzmu. Ojciec zmarł, gdy chłopiec miał 14 lat. Ignacy musiał porzucić naukę, która szła mu wprawdzie bardzo dobrze, ale ważniejsze stało się dokładanie do skromnego budżetu rodzinnego.

Zapadła decyzja, że będzie uczył się fachu farmaceuty. W 1836 r. przekroczył próg apteki w Łańcucie – pierwszy ważnym miejscu na drodze, którą chłopiec z biednej rodziny pokonał, by stać się jednym z najwybitniejszych polskich odkrywców.

Uczciwie i ciężko pracował, ale też nie wyrzekł się czynnego patriotyzmu – do tego stopnia, że w 1843 r. zaczął działać w konspiracji Edwarda Dembowskiego. W aptece, w której pracował, urządził punkt kontaktowy dla konspiratorów.

 

Przygotowywał też plan zajęcie przez powstańców Rzeszowa. Gdy został zdekonspirowany, znalezione w czasie rewizji w jego mieszkaniu dokumenty jednoznacznie wskazywały na jego zaangażowanie w działania nielegalnej organizacji. Przyszło mu za nie zapłacić dwuletnią odsiadką.

Po wyjściu z więzienia zatrudnił się w aptece we Lwowie. Pragnął rozpocząć studia na wydziale farmacji w Krakowie, ale konspiracyjna przeszłość utrudniała przyjęcie na studia. Udało się – na szczęście, bo właśnie na uczelni Ignacy zapoznał się z różnymi właściwościami i zastosowaniami ropy naftowej. Po powrocie do Lwowa zaczął na własną rękę – we współpracy z właścicielem apteki Piotrem Mikolaschem i Janen Zehem, przemysłowcem, który w historii zapisał się jako współtwórca przemysłu naftowego – destylować ropę.

Jako że wszyscy badacze związani byli z farmacją, mieli nadzieję, że rezultat ich prac doprowadzi do wynalezienia produktu, który znajdzie zastosowanie właśnie w farmacji. Sukces był połowiczny – rzeczywiście, wyprodukowali pewien specyfik, ale zainteresowanie nim kupujących było niewielkie. Piotr Mikolasch zaniechał dalszych prac, a młodzi przyjaciele wymyślili inne, zupełnie nieoczywiste, zastosowanie ropy: może być wykorzystywana do oświetlania pomieszczeń!

Zobacz też: strona internetowa Muzeum Przemysłu Naftowego i gazowniczego w Bóbrce

I stała się jasność, jakiej ludzkość nie znała

Gdy otrzymali już naftę – żółtą, palną ciecz o charakterystycznym zapachu, odkrywcy wyznaczyli sobie kolejny cel, którym było skonstruowanie pierwszej na świecie lampy naftowej. Ignacy próbował zmontować ją sam, ale okazało się to bardzo trudne, bo używane przezeń szkło pękało.

Z pomocą przyszedł dużo bardziej doświadczony w temacie Andrzej Bratkowski, blacharz. Zbudował dużo wytrzymalszą lampę ze specjalnym szklanym kominem. Miarą jej nowoczesności był też zastosowany regulator długości knota, który pozwalał zmieniać jasność płomienia.

O niezwykłości urządzenia wkrótce mogli się przekonać klienci apteki, w której pracował Ignacy, ale tak naprawdę opowieść nabiera przyśpieszenia nocą 31 lipca 1853 r., kiedy to lwowscy lekarze przy sztucznym świetle przeprowadzili nieskomplikowaną, a jednak historyczną operację usunięcia wyrostka robaczkowego.

Właśnie ten dzień uważa się za początek przemysłu naftowego.

Od lampy do własnej rafinerii

Nie oznacza to, że od tego momentu Łukasiewicz cieszył się poważaniem, miał zapewniony spokój finansowy i mógł zamknąć się w laboratorium, by opracowywać kolejne patenty. Nic z tego! Pierwsze uderzenie padło niedługo po przełomowej operacji. Dotychczasowi wspólnicy wycofali się (Mikolasch chciał skoncentrować się na farmacji, Zeh również mia inny pomysł na biznes), Łukasiewicz został bez pieniędzy.

Szukając nowego pomysłu na sfinansowanie dalszych prac nad ropą, porzucił Lwów na rzecz Gorlic, w których poznał innego fascynata ropy naftowej, Tytusa Trzecieskiego. W nieodległej Bóbrce założyli kopalnię ropy, a pod Jasłem wybudowali pierwszą na świecie rafinerię, w której na skalę przemysłową przerabiano ropę naftową.

W tym miejscu ucinamy historię przemysłowych wzlotów i upadków Łukasiewicza. Dość powiedzieć, że przeplatały się one ze sobą po równo. Ignacy uparcie jednak dążył do celu, gotów zaczynać od początku, gdy wymagały tego okoliczności (przykładowo, gdy wyschło jedno ze źródeł ropy).

Będąc człowiekiem bardzo majętnym, wspierał potrzebujących (budował szkoły, mosty, drogi, a przy kopalni i rafinerii utworzył zalążek ubezpieczalni pracowniczej), zaś jego dom stał się schronem dl wielu powstańców styczniowych.

W 1879 r. Tomasz Edison opatentował żarówkę, która systematycznie (choć powoli) wypierała lampę naftową. Osiągnięcia Łukasiewicza to jednak znacznie więcej niż tylko opracowanie metody oświetlenia pomieszczeń: ropa jest składnikiem benzyny, a pochodne ropy mają dziesiątki zastosowań – od produkcji asfaltu, parafiny i kauczuku po wazelinę.

Kto chce się dowiedzieć więcej o początkach przemysłu naftowego w Polsce i samym Łukasiewiczu, przy okazji podróży po Podkarpaciu powinien zawitać do dawnej kopalnia ropy w Bóbrce, w której obecnie działa Muzeum Przemysłu Naftowego i Gazowniczego.

„Edison z Galicji”

A skoro przywołane zostało nazwisko jednego z najbardziej płodnych amerykańskich wynalazców (ponad 1000 patentów!), to może dla równowagi opowiemy o „galicyjskim geniuszu”, „polskim Edisonie” – czyli Janie Szczepaniku.

Większości czytelników zacznie się teraz zapewne zastanawiać, czy w jakikolwiek sposób kojarzy to nazwisko. Autorka tego artykułu wprost przyznaje, że do wczoraj nie miała pojęcia, kim był Jan Szczepanik. Otwiera on chyba listę najbardziej zapomnianych polskich odkrywców.

Kawał życia spędził, podobnie jak Łukasiewicz, w okolicach Krosna i Jasła. W wolnych chwilach konstruował wynalazki – w sumie był autorem 50. Opatentował pomysły techniczne z dziedziny fotografii barwnej, barwnego tkactwa i telewizji. Czy to nie fascynujące? Pod koniec XIX w., mieszkając gdzieś w niewielkich miasteczkach Podkarpacia, szeregowy nauczyciel wierzył, że można wprowadzić ruchome obraz pod przysłowiowe strzechy i usilnie udoskonalał tę technologię. W 1897 roku opatentował telektroskop, od którego był już tylko krok do tego, co dziś rozumiemy jako telewizję. Umożliwiał on przesyłanie na odległość ruchomego obrazu kolorowego wraz z dźwiękiem za pośrednictwem elektryczności. W latach 1918-1925 Szczepanik opracował system filmu barwnego, który bardzo dobre oddawał rzeczywiste kolory. Szczepanik pracował także nad systemem filmu dźwiękowego, ale pierwszy film dźwiękowy wyprodukowali Amerykanie („Śpiewak jazzbandu”, który miał premierę w 1927 r.).

Kamizelka kuloodporna

Skoro Szczepanik miał tak duże zasługi na polu rozwijania kinematografii, dlaczego nie wymieniamy jego nazwiska jednym tchem z nazwiskami amerykańskich czy niemieckich wynalazców? Zaważyły względy finansowe. Znacznie tańsze od patentów „geniusza z Tarnowa”były rozwiązania amerykańskie, więc właściciele kin nawet w Galicji niechętnie eksperymentowali z prototypami Szczepanika.

Szczepanik pracował ponadto nad samolotem, helikopterem, łodzią podwodną… Był w Tarnowie, do którego się przeniósł w 1902 r. i w którym mieszkał do końca życia (choć miał pracownie w kilku europejskich miastach), bardzo popularny. Podobno w dniu, w którym bał ślub, zamknięto sklepy i urzędy, a ludzie wylegli na ulice, by oglądać miejscowego geniusza. Nie traktowano go jako nawiedzonego wariata, wprost przeciwnie. Jego sława dalece przekraczała granice zaboru austriackiego, czego dowodem niech będzie fakt, że Mark Twain uczynił Szczepanika bohaterem swojego opowiadania.

W historii Szczepanik zapisał się przede wszystkim jako wynalazca kamizelki kuloodpornej. Pancerz był niejako produktem ubocznym udoskonalania warsztatu tkackiego – wynalazca zastosował nowy rodzaj tkaniny jako materiał ochronny na ubrania. Do przetestowania kamizelki wyznaczono służącego Jana. W 1901 r. stanął na dziedzińcu wiedeńskiej pracowni Szczepanika, a szef mierzył do niego z rewolweru kalibru 7 milimetrów z odległości trzech kroków. Możemy sobie wyobrazić, że publiczność wstrzymała oddech, a Jan gorliwie odmawiał pacierze. Szczepanik wystrzelił – i nic, kula nie przebiła pancerza.

Informacje o cudownym ochraniaczu rozniosła się po Europie. Wynalazek Szczepanika uratował życie królowi Hiszpanii Alfonsowi XIII, który w ramach wdzięczności odznaczył Polaka najwyższym hiszpańskim odznaczeniem państwowym. Podobną odznakę chciał mu wręczyć car Rosji Mikołaj II, kierowany dumą narodową, Szczepanik odmówił. Przyjął „nagrodę pocieszenia” – złoty zegarek wysadzany brylantami.

Wynalazca zmarł w 1926 r. na raka wątroby.

Polski wykrywacz min przesądził o losach ważnej bitwy

Innym ważnym w warunkach wojennych wynalazkiem był wykrywacz min. Urządzenie taki skonstruowali w czasie II wojny światowej dwaj oficerowie– Józef Kosacki oraz Andrzeja Garboś (ps. Adam Galb). Obaj odbywali wówczas służbę w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Nie pracowali dla doraźnej sławy, o czym świadczy fakt, że nie dość, że nie opatentowali wynalazku, to jeszcze nieodpłatnie oddali go armii brytyjskiej.

Alianci użyli go, by przejść przez pole minowe pod El Alamein w Egipcie. Bitwa z 1942 r. stanowiła punkt zwrotny w kampanii pustynnej w Północnej Afryce i nie zakończyłaby się sukcesem, gdyby nie wynalazek Polaków. Opracowana przez Kosackiego i Garbosia technologia była tak dobra, że zaprojektowanego przez nich wykrywacza używano jeszcze przez pół wieku.

Radiostacja w żołnierskim plecaku

Wojna jest potrzebą wynalazków, można sparafrazować powiedzenie. Pojawiają się wtedy zupełnie nowe potrzeby, a każda armia chce zaskoczyć przeciwnika czymś, istnienia czego nawet sobie nie wyobrażał.

Bez sprawnej łączności nie ma wygranej potyczki, bitwy, wojny. Pierwsze radiostacje były tak duże, że nie dało się ich łatwo transportować – niekiedy nie mieściły się do czołgów, więc co dopiero mówić o tym, by mieli je przy sobie poszczególni żołnierze. Dużo o tym urządzeniach wiedział urodzony w 1909 r. Henryk Magnuski, który już jako nastolatek zarabiał naprawiając wojskowe radiostacje.

W 1934 r. po studiach rozpoczął pracę w Państwowych Zakładach Tele i Radiotechnicznych. Zbiegiem okoliczności, w 1939 r. firma wysłała go do Nowego Jorku, by tam zgłębiał wiedzę dotyczącą najnowszych amerykańskich nadajników radiowych. Wybuch wojny uniemożliwił mu powrót do kraju, więc zaczął prace przy projekcie systemu łączności dla amerykańskiej armii. Zatrudnił się w Galvin Manufacturing Corporation, firmie dziś znanej jako Motorola. Jesienią 1940 r. uczestniczył w zbudowaniu małego, jak na owe czasy oczywiście, radiotelefonu (ważył 2 kg), zaś trochę później powstała radiostacja o numerze seryjnym SCR-300, zwana „Walkie-Talkie”. Umieszczona w plecaku, który ważył 17 kg, ale dzięki temu miała zasięg około 15 kilometrów. Walkie-Talkie było używane na frontach europejskim i dalekowschodnim.

Henryk Magnuski nie wrócił do komunistycznej Polski; do końca życia mieszkał w USA. Na swoim koncie miał 30 patentów związanych z technologiami Fal Ultrakrótkich i komunikacji mikrofalowej. Zmarł w 1978 r.

Wynalazki wokół nas

Do listy polskich wynalazków możemy dodać również wycieraczki samochodowe (zaprojektowane przez Józefa Hofmanna), charakterystyczne opakowanie szminki (nazwisko twórcy powszechnie znane – Max Factor). W Stanach Zjednoczonych popularne są sferyczne samochodowe foteliki dziecięce, które zaprojektował Janusz Liberkowski. Uważane są za dużo bezpieczniejsze niż te zwykłe.

Na koniec wisienka na torcie: Józef Hofmann (ten od wycieraczek) ma na swoim koncie jeszcze jeden wynalazek – taką mała rzecz, którą lubimy mieć pod ręką w biurze. Chodzi o spinacze do papieru – te zwykłe druciki powyginane w fantazyjny kształt. Kształt nie jest zresztą dziełem przypadku. Hofmann, wybitny pianista, chciał odtworzyć kształt… nut. Muzycznych inspiracji w jego życiu poza salą koncertowa było więcej – dość powiedzieć, że projektując wycieraczki, myślał o wybijającym miarowy rytm metronomie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *