Codzienność w Omanie, fińska sauna i Grecja nie tylko w wakacje. Moje ulubione książki Wydawnictwa Poznańskiego

Categories Książki

Jeszcze rok temu nie znałam Wydawnictwa Poznańskiego. Nic dziwnego – wprawdzie działa ono od 1956 r., ale przez lata koncentrowało się na pozycjach naukowych, akademickich. To się zmieniło dosłownie kilkanaście miesięcy temu, gdy Poznańskie rzuciło wyzwanie dużym, popularnym oficynom – i doskonale na tym wyszło! „Seria reporterska” to obecnie jedna z najbardziej rozpoznawalnych serii non-fiction w Polsce. Zadziwia szybkość, z jaką wydawnictwo osiągnęło taki sukces.

Choć Poznańskie nie tylko reportażem stoi – na stronie przeczytamy, że wydawnictwo „najbardziej dumne jest z sukcesu Remigiusza Mroza, najpopularniejszego aktualnie w Polsce pisarza, którego powieści kryminalne cieszą się niegasnącym zainteresowaniem czytelników”. Poznańskie to też seria dla młodzieży, powieści obyczajowe i poradniki, ale mnie Poznańskie będzie się jednak kojarzyło z reportażami, i to bardzo dobrym, przystępnie napisanymi. To książki idealne dla czytelników, którzy z reportażami albo nie mieli do czynienia, albo zrazili się, bo sięgnęli po pozycję napisaną trudnym, hermetycznym językiem. Książki Poznańskiego cechują się tym, że napisane żywym językiem, bez zbędnych dywagacji albo abstrakcyjnych rozważań.

Tematyka serii reporterskiej jest bardzo szeroka: od wciągającej pozycji o disco polo przez biografie (np. Arkadego Fiedlera) po opowieść największych plagach w historii ludzkości (tej jeszcze nie czytałam, ale biorąc pod uwagę, że tekst ten pisze w trzecim tygodniu „narodowej kwarantanny” – to pozycja jak najbardziej na czasie. Wierzę, że gdy artykuł ten ukaże się na blogu, epidemia będzie już tylko trudnym wspomnieniem). Gdybym jednak musiała wskazać, za co najbardziej pokochałam Poznańskie, to będzie to seria książek przedstawiająca życia w innych krajach. Autorzy mieszkają tam – albo przez pewien czas mieszkali – i w fajny sposób opowiadają o codziennym życiu, zwyczajach, specyfice. Tu ponarzekają, tam pochwalą swoją „nową ojczyznę” za jakieś ciekawe rozwiązanie problematycznej sprawy. Te książki nie są pisane według żadnego klucza, więc  autorzy sami decydowali, na czym chcą się skoncentrować, a które aspekty w ogóle pomijają.

Usiadłam do pracy z zamysłem zrobienia rankingu książek Poznańskiego przedstawiających różne kraje, ale to zadanie mnie przerasta, bo konkurencja jest bardzo silna. Tak naprawdę tylko jedna z książek z serii, poświęcona Wyspom Owczym, mnie rozczarowała. Zamiast więc bawić się w niepotrzebne rozdawanie medali za zajęcie pierwszego, drugiego i trzeciego miejsca, po prostu pokrótce przedstawię kilka książek, dzięki którym bardzo poszerzyłam swoją wiedzę na temat kilku krajów.

 

Dionisios Sturis, Grecja. Gorzkie pomarańcze

Jeśli będąc w Grecji (albo innym państwie Europy Południowej) najdzie Was ochota na próbowanie pomarańczy z drzew rosnących w parkach lub na ulicach, nie róbcie tego. Dlaczego? To już zrozumiecie po pierwszym wgryzieniu się w owoc. Ta wiedza to wymiar praktyczny lektury dziennikarza radiowego Dionisiosa Sturisa, którego ojciec jest Grekiem, a matka Polką.

Choć polski program nauczania historii jest skonstruowany w ten przedziwny sposób, że młodzież uczy się historii starożytnej Grecji dwa razy (a do niedawna trzy, bo również w gimnazjum), to o tym, co działo się w niej w kolejnych stuleciach już praktycznie nic nie wiemy. Tak jakby istniał jakiś magiczny przeskok: kończy się starożytność i od razu przeskakujemy do kryzysu z 2008 r., który przejechał po Grecji jak walec.

 

Tę lukę wypełnia książka Sturisa, który przypomina, że Grecja to nie tylko Akropol i ciepłe plaże. Autor wielokrotnie w Grecji bywał – zarówno jako dziecko, jak i później, już jako dziennikarz. Relacjonował wydarzenia, które nastąpiły w rezultacie kryzysu, gdy ludzie tracili pracę, oszczędności i z dnia na dzień musieli porzucić jakże charakterystyczny dla siebie luz i spokój. Przez greckie miasta regularnie przechodziły manifestacje, w których zdesperowani ludzie żądali od rządu natychmiastowego rozwiązania problemu bezrobocia.  Sturis próbuje odpowiedzieć na pytanie o przyczyny kryzysu z 2008 r. w swoim kraju. Czy był on do uniknięcia?

Zachwyciła mnie w tej książce otwartość autora w opisywaniu swojej niełatwej sytuacji rodzinnej. Niewielu ludzi jest gotowych powyciągać na światło dzienne trudne opowieści dotyczące rozwodu rodziców (poprzedzonego ucieczką matki wraz z trójką dzieci z greckiego mieszkania. Tylko podstępem i przy zaangażowaniu polskiej rodziny udało się wywieźć cała czwórkę z Salonik) oraz układania relacji z pozostałym w Grecji ojcem. Podziwiam, dziękuję.

A jeśli zastanawiacie się, w jaki sposób ojciec Dionisiosa znalazł się w Polsce, sięgnijcie po wcześniejsza pozycję tego autora: „Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji” (wyd. W.A.B.). To dawka historii Europy, która w szkole jest już zupełnie przemilczana – chyba że pochodzicie z Dolnego Śląska lub innych tzw. ziem odzyskanych, dokąd skierowano w latach 40. ubiegłego wieku uchodźców.   Mający greckie korzenie sąsiad nie jest tam niczym niespotykanym. Coś na ten temat mogą też wiedzieć fani Eleni, która znalazła się w Polsce w identycznych okolicznościach jak ojciec Dionisiosa.

 

Agata Romaniuk – z Miłości? To współczuję

Przed wyjazdem do Omanu w 2009 r. Agata Romaniuk, dwudziestokilkuletnia doktor socjologii, nie bardzo wiedziała, jak wygląda kraj, w którym spędzi kilkanaście kolejnych miesięcy. Pojechała wraz z mężem, który dostał pracę w firmie telekomunikacyjnej. Przygotowując się do wyjazdu przeczytała wszystko, co było dostępne na Amazonie w języku angielskim  – a nie było tego dużo, zaledwie dwa przewodniki.

Już po powrocie do Polski napisała książkę, w której odpowiada na wiele pytań dotyczących tego niby otwartego, ale jednak wciąż mało dostępnego dla nas kraju, jakim jest Oman. Otwartego – bo wjechać może tam każdy, nawet duże biura podróży organizują wycieczki łączące zwiedzanie i plażowanie (Oman ma bardzo długa linię brzegową). Zamknięty – bo po pierwsze to drogi kraj (stąd turyści o niebo częściej wybierają położony niedaleko Dubaj), a ponadto Omańczycy są narodem na tyle bogatym, że wcale nie musza się jakoś specjalnie nastawiać na obsługę turystów.

Agata Romaniuk skoncentrowała się w swojej debiutanckiej (i bardzo dobrze przyjętej) książce na pozycji kobiet w Omanie. Miłość, małżeństwo, macierzyństwo, aspiracje kobiet – to wszystko w wykonaniu Omanek może być dla Europejek niezrozumiałe. Czytając, musiałam ustalić sama ze sobą pewną zasadę: poznaję, nie oceniam.

Autorka wielokrotnie podkreślała, że Oman to zderzenie ogromnej nowoczesności i bogactwa (rozbudowana sieć wielopasmowych autostrad, bardzo drogie samochody, ekskluzywne sklepy) z jednej strony i konserwatywnych, opartych na niezmienionym od wieków systemie wartości, postawach ludzkich.

Czytaj też: Feminizm na Półwyspie Arabskim. Nie wybiorą sobie same męża, ale i tak czują się wyzwolone

Bo nieważne, czy Omańczycy mieszkają w namiotach lub glinianych domach (a tak było zaledwie 40 lat temu, zanim odkryto bogate złoża ropy naftowej), czy żyją w klimatyzowanych pałacach, to w centrum ich wszechświata pozostaje rodzina. Wprawdzie my w Polsce też lubimy mówić, jak ważna jest ona dla nas, to jednak u nas na deklaracjach często się kończy. Wszak powiedzenie, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, nie powstało przypadkiem. Co innego w Omanie, gdzie każdy na co dzień otoczony jest wianuszkiem sióstr, kuzynek, ciotek (alternatywnie kuzynów, braci i wujków, bo płcie się ze sobą nie mieszają). Codziennie rozmawiają przez telefon, spotykają się na mieście, jedzą razem posiłki – i nie wyobrażają sobie, że człowiek dobrowolnie może zdecydować się na życie w małej rodzinie.

A czym jest tytułowe „Z miłości? To dziękuję”? Na to pytanie nie odpowiem, zapraszam Was do lektury.

O reportażu Agaty Romaniuk pisałam już wcześniej, więc zapraszam do przeczytania artykułu dla WP Książki oraz tego wpisu.

 

Aleksandra Michta-Juntunen  – Finlandia. Sisu, sauna i salmiakki

Od kilku lat trwa fascynacja polskich czytelników krajami północy (tak, wiem, Finlandia to nie Skandynawia, więc ręka mi nie zadrżała). Reportaż mieszkającej w Helsinkach od ponad dekady Aleksandry Michty-Juntunen to prawdziwe kompendium wiedzy na temat kraju, który kojarzy się nam głównie ze świętym Mikołajem i reniferami. Nie jest to książka tak osobista jak reportaż Dionisiosa Sturisa, nie jest napisany tak lekko jak choćby wspomniana wcześniej pozycja o Omanie, ale nie jest to również sucha pozycja encyklopedyczna. Czyta się ją naprawdę dobrze i rozbudza ochotę na samodzielne sprawdzenie, co podaje się w fińskich restauracjach i jak wygląda domek nad jeziorem (albo przynajmniej gdzieś w lesie), który jest ukochanym miejscem wszystkich Finów. No, ale na zaproszenie do takiego domku trzeba sobie zasłużyć, a że Finowie nie są najbardziej otwartym narodem świata, na zaproszenie do kręgu bliskich znajomych trzeba sobie po prostu zapracować.

 

Przed kilkoma miesiącami miałam przyjemność przeprowadzać z autorką wywiad. Zapytałam o trzy „S” z tytułu. O ile sauna jest mi dobrze znana, to salmiakki i sisu – już zupełnie nie.

– Sisu jest nieprzetłumaczalne na język polski. To zespół cech charakteru, który według niektórych jest istotą fińskości. Zawiera się w nim hard ducha, upór, dążenie do celu, niepoddawanie się. Niektórzy przekonują, że dzięki sisu Finlandia zwyciężyła w początkowej fazie wojny zimowej ze związkiem radzieckim (listopad 1939-marzec 1940 r.). Choć tamtej zimy temperatura spadła do -40 stopni, przez ponad 100 dni wojska fińskie stawiały opór znacznie lepiej wyposażonej Armii Czerwonej. Z takiego rodzaju sisu Finowie czerpią ogromną dumę.

Duńczycy mają hygge, a Finowie sisu. Na fali popularności nordycko-skandynawskich sposobów na życie zaczęły się pojawiać  poradniki na ten temat. Czy są przydatne? Sisu to znacznie więcej niż założenie wełnianych skarpet i zapalenie świeczek. Sisu można się nauczyć, ale będzie to wymagało od nas sporo wysiłku – wyjaśniła pani Aleksandra.

Salmiakki z kolei to cukierki, których nie pokochacie, jeśli wzdrygacie się myśląc o lukrecji. Z powodów zupełnie nie zrozumiałych dla reszty Europejczyków, „narody północy” ten smak uwielbiają do tego stopnia, że lukrecja jest ważnym składnikiem wielu potraw.

Zapytałam też, czy Finlandia jest dobrym miejscem dla obcokrajowców. Okazuje się, że jeśli marzy się Wam zamieszkanie w kraju nordyckim, ale celujecie  w kosmopolityczne miasto, Sztokholm czy Malmo będą zdecydowanie lepszym pomysłem. Szwedzi są o niebo bardziej otwarci na zagranicznych sąsiadów niż ich Finowie.

– Finlandia nie jest łatwym krajem do emigracji, bo przyjeżdżający muszą pokonać kilka poważnych barier. Powiedzmy sobie uczciwie, obcokrajowcy na fińskim rynku pracy napotykają na wiele trudności. Przeprowadzono takie eksperymenty, w których znane osoby (ale nie tylko) wysyłali do różnych firm podania o pracę z nieco zmienionymi życiorysami kandydatów, którzy doskonale pasowali na konkretne stanowiska, ale na formularzu zapisywano niefińskie imię i nazwisko. Efekt? Większość tych kandydatów nigdy nie została zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną. Nie chcę generalizować, bo w IT czy finansach obcokrajowcom nie tak trudno znaleźć pracę, ale w innych branżach musza przebić gruby mur. Podstawowym problemem jest to, że w niewystarczającym stopniu znają język fiński – ale jak pokazało badanie, o którym wspomniałam, w wielu przypadkach fińscy pracodawcy nie chcą nawet sprawdzać, czy kandydat mówi po fińsku. Problem istnieje od lat, ale dopiero jakieś 2, 3 lata temu zaczęto głośno o nim mówić. Czy coś to zmieni? Zobaczymy – wyjaśniła autorka.

Całą rozmowę przeczytacie tu.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *