To też jest życie. Nina Olszewska, „Pudło. Opowieści z polskich więzień”

Categories Książki

„Ze statystyk sklejam sobie przeciętnego więźnia. Jest mężczyzną – na ponad 74 tysiące osadzonych w 2018 r.  zaledwie trzy tysiące to kobiety. Jest Polakiem, chociaż liczba obcokrajowców systematycznie rośnie – raport z 2018 r. wskazuje już ponad tysiąc osób. Przeciętny skazany odbywa karę za przestępstwo przeciwko mieniu, najczęściej za kradzież z włamaniem. Wyrok – od trzech do pięciu lat” – mówi we wstępie do swojego debiutu Nina Olszewska.

Rusza do więzień, by dowiedzieć się, jak wygląda życie po tym, jak za człowiekiem zatrzaskują się drzwi, których on samodzielnie nigdy nie będzie mógł otworzyć. Na potrzeby książki przeprowadziła kilkadziesiąt rozmów. Nie są to jednak opowieści o tym, co sprowadziło człowieka na tak pokrętną drogę życiową, bo autorka już na wstępie założyła, że nie interesuje jej życie przed więzieniem, lecz od pierwszego dnia odbywania kary.

To dobrze, bo mamy już na rynku książki, które koncentrują się na zbiegu wydarzeń, który doprowadził do skazania (np. „Skazane. Historie prawdziwe” Anny Matusiak i Katarzyny Borowskiej). Kilka miesięcy temu ukazała się bardzo dobrze przyjęta opowieść o pracownikach służby więziennej („Gad” Pawła Kapusty), więc reportaż Niny Olszewskiej (Wyd. Poznańskie) ładnie uzupełnia półkę pt. „więziennie opowieści”.

Czyta się ją dobrze. Ani razu nie miałam poczucia, że coś mnie w tej historii przerasta, że nie jestem w stanie czytać dalej. To informacja dla tych, którzy po przeczytaniu brutalnego „Ostatniego kręgu. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii” Drauzio Verella obiecali sobie, że więcej już po reportaż o życiu osadzonych nie sięgną. Nie, tu jest zupełnie inaczej. Zresztą rozmówcy Niny Olszewskiej przekonują, że polskie więzienia wcale nie są tak niebezpiecznymi i przepełnionymi przemocą miejscem, jak się zwykło opisywać. Z ich opowieści wyłania się w gruncie rzeczy dość sielski obraz miejsca, w którym wprawdzie nikt nie chciał się znaleźć, ale też nie jest to znów jakiś życiowy dramat. Człowiek odsiedzi, popracuje, zarobi pieniądze, coś tam sobie przemyśli i wyjdzie na wolność.

Miejsca, które dla statystycznej większości stanie się domem na znacznie więcej lat, niż to wskazuje pierwszy wyrok.

„Statystyki mówią, że mniej więcej połowa tu wróci. W tabelce z danymi recydywy ostatni wiersz to osoby odbywające karę więzienia „po raz siódmy i więcej”. Trudno uwierzyć, że tak im nie po drodze z wolnością. Trudno uwierzyć, że dobrze im za tym murem. A jeśli nie jest dobrze, to jak?”.

Olszewska rozprawia się, ustami swoich rozmówców, nie tylko z przekonaniem o przemocy za kratami. Przekonuje również, że przypadki samookaleczania również nie są, wbrew wyobrażeniom, na porządku dziennym. Dotarła do danych za 2018 r., z których wynika, że we wszystkich polskich ośrodkach penitencjarnych (a jest ich w sumie 120) miały miejsce 223 przypadki samoagresji. Najczęściej były to, i tu od razu gruby kaliber, próby samobójcze (208). Na dalszych miejscach znalazły się samouszkodzenia i odmowa przyjmowania posiłków.

Rozmówcy milczeli natomiast na temat przemocy, jaka spotkała ich za kratami z rąk innych osadzonych. Być może żadnego z nich to nie spotkało, być może opowieści o tym, że pierwsze dni w więzieniach to dla „nowego” próba, gdy bezkarnie może być atakowany przez kolegów z celi i jeśli nie sypnie, to znaczy, że jest swój. Mam jednak niedosyt, że – jeśli przemoc w więzieniach jest mitem – to nie został on choćby jednym zdaniem obalony.

Zabrakło mi też wyjaśnienia pojęcia, do którego autorka chętnie się odnosiła: kultura grypsowania. Wiem, czym jest grypsowanie, natomiast nie wiem, czym jest cała ta otoczka istniejąca wokół grypsowania. Nie rozumiem, dlaczego już na wstępie nowi osadzeni są pytani przez służbę więzienną, czy grypsują czy nie i dlaczego nie łączy się w celi grypsujących z niegrypsującymi. Rozmówcy Niny Olszewskiej mieli na ten temat wyrobione zdanie, a autorka uznała, że każdy rozumie, w czym rzecz. No, nie każdy.  

 

Pomimo tych dwóch brakujących informacji, książkę czyta się dobrze. Jest kopalnia wiedzy na temat tego, jak zorganizowane jest życie w ośrodkach penitencjarnych. Kto może liczyć na pracę, czym jest więzienny wolontariat i dlaczego pensjonariusze DPS-ów nie mogą się doczekać, aż Chłopcy, jak pieszczotliwie nazywają skazanych, przyjdą na swoją zmianę. Dowiecie się, jak po wyjściu z więzienia poradziło obie kilku rozmówców autorki i dlaczego tak bardzo bali się konfrontacji ze światem zewnętrznym. To pewnie tłumaczy, dlaczego tak wielu po wyjściu popełnia kolejne przestępstwa. Więzienie nie jest dobrym miejscem do życia, ale co z tego, skoro oswojone, zaczyna się wydawać bezpieczne i takie „swoje”?

Autorka opisuje również, jak wiele wysiłku kosztowało ją zdobycie informacji, bo dziennikarze nie są więzieniach szczególnie pożądanymi gośćmi. Dziesiątki maili, odmowy, przeciągnie spraw, brak odpowiedzi ze strony zakładu karnego, wreszcie: jest szansa na rozmowę! Autorka udawała się na każdy wywiad z niezwykłym dla dziennikarza poczuciem, że jeśli nie rozwieje wszelkich wątpliwości, to kolejnych okazji do zadania pytania już nie będzie, bo wszystkie rozmowy odbywały się w trybie więziennych widzeń. Teraz albo nigdy.

Jestem dziennikarzem i wiem, jak trudno pozyskać niektóre informacje. Wiem też, jak łatwo się zniechęcić, gdy kolejne prośby o rozmowę są zwyczajnie ignorowane. Szacunek dla kolegów po fachu, którzy się nie poddają.  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *