Droga Słonia urwała się, jak to bywa, w górach, nagle. Biografia Artura Hajzera

Categories Książki

Właściwie nikt nie dawał mu szans na „karierę” w górach wysokich. Zbyt tęgi, po prostu. Nie bez przyczyny w środowisku miał ksywę Słoń. A jednak zaskoczył sceptyków! Może nie ma na koncie korony Himalajów i Karakorum (czyli 14 najwyższych szczytów w tych pasmach), ale zdobył kilka ośmiotysięczników:

  • Manaslu – nową drogą – 1986,
  • Annapurna – pierwsze wejście zimowe – 3 lutego 1987,
  • Sziszapangma – nową drogą – 1987,
  • Annapurna Wschodnia (8010 m) – nową drogą – 1988,
  • Dhaulagiri – 11 maja 2008,
  • Nanga Parbat – 23 czerwca 2010,
  • Makalu – 30 września 2011

 

Pozostawił trwały ślad w historii polskiego himalaizmu również w innych wymiarach.

Mowa o Arturze Hajzerze (nie ma błędu w zapisie nazwiska, które w przypadku tej odnogi Hajzerów ma czeskie pochodzenie i stąd brak „ch” na początku). Nawet jeśli nie interesują Was sukcesy Polaków w górach wysokich, to akurat to nazwisko możecie kojarzyć w nieco inny sposób: Hajzer założył pierwszą z prawdziwego zdarzenia firmę produkującą sprzęt outdoorowy, Alpinus. Firma zaczęła szyc pod swoim logo w 1993 r. i podbiła serca miłośników gór. Wprawdzie mało kto mógł sobie w pierwszych latach pozwolić na ich kurtki czy plecaki, ale aspirowało wielu. Z czasem pensje poszły w górę, a koszty produkcji w dół i Alpinus stał się bardziej dostępny, ale to wszystko czas przeszły.

Właściciele firmy – obok Hajzera był to himalaiści Janusz Majer i Ryszard Warecki – przeszarżowali wchodząc na trudny rynek austriacki i to ich zgubiło. Alpinus zniknął, po czym zastąpiła go marka HiMountain, dziś również nieistniejąca.

Poza biznesowym skojarzeniem Artur Hajzer kojarzyć nam się już zawsze będzie z programem Polskiego Himalaizmu Zimowego (PHZ). Miał on na celu wskrzesić piękne tradycje przechodzenia trudnych tras w zimowych warunkach. Pod koniec lat 70. I 80. Zeszłego wieku to Polacy królowali w najwyższych górach (ot, choćby pierwsze wejście na Mount Everest w 1980 r., którego dokonali Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki). Po dekadzie sukcesów przestało się jednak dziać cokolwiek godnego uwagi. Polacy wprawdzie w góry wysokie nadal jeździli, ale rzadziej i bez stawiania sobie tak ambitnych celów jak swego czasu Jerzy Kukuczka czy Wanda Rutkiewicz (oboje zresztą z gór wysokich nigdy nie powrócili).

Hajzerowi marzył się powrót do czasów, w których himalaiście austriaccy czy włoscy z podziwem patrzą na Polaków, przekonał więc odpowiednie władze do tego, by wyłożyły pieniądze na programy szkoleniowe oraz wyprawy dla dobrze rokujących wspinaczy.

W ramach odbyło się kilka wypraw, z których kilka było na tyle kontrowersyjnych, że postawiły pod znakiem zapytania sens istnienia programu w takim kształcie. Wszyscy chyba dobrze pamiętamy najbardziej dramatyczną w przebiegu akcję zdobycia Broad Peak, w której śmierć poniosło dwóch uczestników. Miało to miejsce w 2013 r. Po wyprawie specjalna komisja działająca pod egidą Polskiego Związku Alpinizmu przygotowała raport, w którym skrytykowała organizatorów za zbagatelizowanie pewnych środków ostrożności już na etapie planowania zdobycia szczytu, zaś himalaiści, którzy przeżyli – Adam Bielecki i Artur Małek – zostali zganieni za to, że nie wykazali się odpowiednią postawą i nie zrobili co w ich mocy, by powstrzymać Macieja Berbekę i Tomasza Kowalskiego przed kontynuowaniem wyprawy.

Tyle oficjalny dokument, bo na pewne pytania natury etycznej i tak nie poznamy odpowiedzi, każdy musi odpowiedzieć na nie we własnym sercu. O tym, jak bardzo trudne zadanie mieli członkowie komisji przy PZA niech świadczy fakt, że już po czasie część autorów raportu – ludzi gór, himalaistów z niezwykłym dorobkiem – odcięła się od ostrych sformułowań w nim zawartych.

Artur Hajzer bardzo przeżył porażkę akcji na Broad Peak i ostracyzm, jaki go po niej spotkał. Czyniono zarzuty, że w związku z jego wyolbrzymionymi ambicjami śmierć poniosło dwóch wspinaczy, z których jeden prawdopodobnie nie powinien był w ogóle się na wyprawie znaleźć, bo brakowało mu wysokogórskiego doświadczenia.

Niedługo po klęsce wyprawy na Broad Peak śmierć poniósł człowiek, który chciał, by polski himalaizm w warunkach zimowych znów był potęgą.  Hajzer zginął 7 lipca 2013 r. podczas wyprawy na Gaszerbrum I, wycofując się z obozu III do II. odpadł od jednej ze ścian Kuluaru Japońskiego i spadł około 500 m. jego ciało pozostało, jak w przypadku innych himalaistów, którzy ponieści śmierć w górach, w szczelinie.

 

To, pozornie, książka „tylko” o górach

Tyle biografia. Hajzer bywał człowiekiem trudnym i budził kontrowersje, o czym wprost mówią rozmówcy Bartka Dobrocha, który napisał książkę na jego temat. Druga żona Hajzera, gdy została poproszona o wywiad na temat zmarłego męża, w pierwszym zdaniu miała zastrzec, że „ma nadzieję, że autor nie ma zamiaru pisać na temat Hajzera laurki”.

„Droga Słonia” to jednak z bardzo niewielu książek o górach, którą z czystym sercem mogę polecić osobom, które się wcale górami nie interesują. Bo wprawdzie znajdziemy w niej relacje z wypraw, ale jest też o dorastaniu w latach 70., o tym, jak młodzi, żądni przygód ludzie spędzali czas w latach 80., jest o biznesie rodem z lat 90. (wspomniany już Alpinus). Bartek Dobroch to niesamowity reportażysta, który jak mało kto drąży temat, by obudować go jak największa liczbą szczegółów. Nie wystarczyło mu wspomnieć na kilku stronach, jak rozwijał się Alpinus i dlaczego odszedł w niesławie. O nie! Opisał bardzo szczegółowo rynek outdoorowy w Polsce (i częściowo w Europie), rozmawiał z ludźmi, którzy komentowali różne aspekty biznesowej działalności Hajzera i opowiadali o specyfice rynku. Zrobił to jednak w sposób naprawdę wciągający. Majstersztyk, naprawdę. W tej książce nie ma dłużyzny.  

Największym zaskoczeniem było dla mnie kilkanaście chyba stron o historii festiwali filmów górskich w Polsce – bo właśnie Artur Hajzer jest ojcem najstarszego przeglądu. Tam gdzie inny autor zakończyłby na krótkim wspomnieniu, że jego bohater chciał przeszczepić na polski grunt pomysł takich festiwali, Dobroch poszedł trzy kroki naprzód i napisał coś, co równie dobrze mogłoby być niezależnym reportażem prasowym.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *