„Na marne”. Ile jedzenia my właściwie wyrzucamy?

Categories Książki

Niedojedzona kanapka, ugotowana na kilka dni zupa, która trzeciego dnia zdążyła się już znudzić, ciasto darowane w dobrej wierze – szkoda tylko, że obdarowany jest akurat na diecie. Wszystko do kosza. Niekiedy wyrzuceniu towarzyszy skrępowanie, bo wyrzucanie jedzenia to jednak wstydliwa ostateczność, ale bywa, że ręka pokonuje drogę od lodówki do kosza tak szybko, że głowa nawet nie zdąży o tym pomyśleć.

Znacie to? Ja niestety tak i jakkolwiek jest mi z tego powodu smutno, nie będę udawała lepszej, niż jestem w rzeczywistości. Wyrzucam jedzenie. Najczęściej dlatego, że zwyczajnie nie miałam ochoty czegoś dojeść. Zabrakło czasu, pomysłu albo bez sensu zrobiłam na obiad coś nowego, choć w widocznym miejscu w lodówce stała ta niedojedzona porcja bigosu czy końcówka zupy.

Dziennikarka Marta Sapała poświęciła wyrzucaniu jedzenia nieco ponad 200 stron książki „Na marne”. Postanowiła zbadać, ile prawdy jest w statystykach, mówiących o tym, że na świecie rocznie marnuje się 1,3 mld ton żywności, w samej Polsce 9 mln lub 2 mln ton, w zależności od ośrodka badawczego i metodologii badań. Duży rozrzut – można więc powiedzieć, że wiemy, że nic nie wiemy.

Gdyby nawet przyjąć tę bardziej optymistyczna wersję, a więc że Polacy wyrzucają 2 mln ton, na każdego obywatela wychodziłyby po 52 kg jedzenia rocznie. Myślę, że w tym momencie zaczynacie dodawać sobie w myślach te wszystkie zeschnięte kajzerki, ciasto z zakalcem i przemysłowe ilości surówek zrobione „na zaś”, które trafiły  do śmieci. Jak by nie zliczać, 52 kilogramy raczej z tego nie wyjdą. Gdzie więc leży błąd?

Czujemy się więc winni, że marnujemy jedzenie, podczas gdy w innych częściach świata ludzie umierają z głodu, ale czy jednak te 52 kg to nie jest liczba z kosmosu? Czy poziom marnotrawstwa jedzenia jest aż tak duży?

O tym właśnie jest ten reportaż. Marta Sapała przeanalizowała różne raporty dotyczące wyrzucania jedzenia i wyjaśniła, w jaki sposób ich autorzy dokonują swoich obliczeń. Co zabawne (albo przerażające, bo przetwarzanie wyrzuconego jedzenia to też duży biznes), dużej liczbie raportów wcale nie towarzyszy jednolity katalog pojęć definiujących, co jest odpadem, a co nim nie jest. W jednych badaniach oberki z jabłek czy ziemniaków nimi są (a więc ich wyrzucenie jest traktowane tak ao jak wyrzucenie kotleta, który za długo leżał w lodówce), podczas gdy autorzy innych przekonują, że uwzględnianie ich doprowadziłoby do absurdu.

W moim koszach na śmieci to właśnie odpady bio są najcięższe, więc te wszystkie ogryzki, obierki, pestki. Niektóre metodologie zakładają, że przecież z obierek można robić chipsy, ba, na obierkach z ziemniaków można ugotować zupę, więc wyrzucanie ich jest bezmyślnym marnotrawstwem. To, moim zdaniem, ogromny radykalizm, więc z ulga przyjęłam wiadomość, że w te wspomniane 52 kg włącza się właśnie nieszczęsne odpady bio.

I portret śmieciowy Polaków od razu wygląda inaczej.

Skąd te dane?

Sama autorka też była zaskoczona tym, że nie możemy jednoznacznie określić skali marnotrawstwa jedzenia. Tam mówiła o tym w rozmowie z dziennikarka magazynu „Vogue”:

Kiedy zabierałam się do pracy, byłam bardzo przywiązana do narracji o 9 milionach ton jedzenia marnowanego rocznie w Polsce, 88 milionach ton w Unii Europejskiej i 1,3 miliarda ton na całym świecie. Okazało się, że to nie są twarde dane, ale szacunki. W dodatku często tworzone na podstawie informacji z innych krajów, które problem dość szybko zdiagnozowały, prymusów takich jak Wielka Brytania.

Tymczasem Polska nigdy nie dostarczyła żadnej z instytucji, które pokusiły się o zrobienie wielkich europejskich podsumowań, nawet ułamka informacji na temat tego, ile się u nas marnuje. Nie było u nas ilościowych badań w skali kraju. Były drobne badania jakościowe, ostatnio pojawiły się próby szacowania tego w gastronomii przy użyciu wag połączonych z tabletami, na których zainstalowano specjalnie napisane do tego aplikacje, jak brytyjski Winnow czy polski KuMin.Sys. Pioniersko badano wąskie sektory – np. banki żywności w porozumieniu z SGGW badały sektor mleczarski.

Teraz szczęśliwie się to zmienia, wystartował pierwszy badawczy program realizowany przez konsorcjum Federacji Polskich Banków Żywności, Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego i Instytutu Ochrony Środowiska. Rozmawiałam o tym z jedną z europejskich ekspertek, dr Ericą van Herpen z holenderskiego Uniwersytetu Wageningen. Podkreślała, że bez dobrej metodologii i rzetelnego oszacowania skali tego zjawiska nie sposób jest dobrać odpowiednich narzędzi, by zacząć ograniczać marnotrawstwo„. Całą rozmowę znajdziecie tu.

Piekarz z Legnicy i freeganie

 

Nie myślcie, że przez całą książkę przewija się jedynie wątek braku spójności w statystykach. Rozdziałów jest kilkadziesiąt i poświęcone są różnym zagadnieniom związanym z marnotrawieniem z jednej, a ratowaniem jedzenia, z drugiej strony. Jest więc o freeganach, czyli ludziach, którzy zbierają jedzenie z kontenerów, najczęściej na tyłach sklepów i restauracji, bankach żywności i tym, czy odbywająca się kilka lat temu w Warszawie akcja zbierania przez wolontariuszy pozostałego po kolacji wigilijnej jedzenia i rozwożenia go do jadłodzielni okazała się sukcesem. Jest o słynnym piekarzu z Legnicy, który splajtował po tym, jak urząd skarbowy nałożył na niego podatek za rozdawanie chleba biednym (tak początkowo przestawiały to media i choć narracja szybko się zmieniła, bo historia była znacznie bardziej złożona, w pamięci wielu osób do dziś jest ona zupełnie zero-jedynkowa), jest też o ludziach, którzy potrafią tak „zarządzać” zawartością lodówki, że praktycznie nie generują śmieci. I to wcale nie muszą być zwolennicy „zero waste” – wystarczy, przekonuje Marta Sapała,  by ktoś przeżył w życiu głód i biedę. Do końca życia będzie wtedy pamiętał, by wykorzystać każdy kawałek chleba, każdy plasterek wędliny. A co zostanie: mrozić, przetwarzać, dać komuś, komu akurat się przyda.

Książkę przeczytałam „na raz”, bo akurat byłam w kilkugodzinnej podróży. Natłok tematów jedzeniowych okazał się nadmierny i w którymś momencie znudzona przebiegała już oczami po mniej wciągających mnie rozdziałach. Stąd moja rada: rozłóżcie czytanie na dłuższy czas. Czytajcie i zastanawiajcie się, czy możecie z lektury wynieść coś dla siebie, zmienić coś w swoim życiu. Ja do pewnych wniosków doszłam, więc teraz mam nadzieję działać bardziej racjonalnie. I nawet jeśli nie wyrzucałam do tej pory statystycznych 52 kg, to może i tak uda mi się zmniejszyć marnotrawstwo choćby  2 kg w ciągu roku. Małe kroki też mają znaczenie. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *