Jak łódzkie włókniarki upominały się o godność i zaopatrzone sklepy

Categories Historia
Piotrkowsk. Główna ulica Łodzi
Piotrkowska. Główna ulica Łodzi

Kobieta ponoć z natury cierpliwa jest. One też były i przez lata brały na siebie ciężar utrzymania rodziny. Pracowały w systemie trzyzmianowym w hałasie i pyle. Nie buntowały się, choć było im przykro, że tacy górnicy przynajmniej Barbórkę mają, śpiewa się o nich piosenki, a one niby są ważne, bo ubierają pół Polski, ale jednak gdzieś na końcu rządowej listy płac.

 

Janka Wiśniewskiego (choć w rzeczywistości nazywał się Zbyszek Godlewski) w grudniu 1970 r. niesiono ulicami Gdyni. Miesiąc później Gierek pytał robotników ze Stoczni Szczecińskiej, czy pomogą. Zareagowali entuzjastycznie i mogło się wydawać, że pod nowym kierownictwem w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej życie będzie łatwiejsze, lepsze. Nic z tego. Ceny nadal były wysokie, sklepowe półki puste, a ludzie i tak połowę czasu po pracy spędzali na drugim etacie – w kolejce do tych ziejących niedoborami sklepów.

Na obietnicach nikt zupy nie ugotuje

Nie o ambicje tu jednak szło, ale właśnie o te puste półki i życie, które było nieustanną walką o przetrwanie. 10 lutego 1971 roku wybuchł strajk łódzkich włókniarek, jeden z największych w historii powojennej Polski. Najpierw zastrajkowały kobiety (pojedynczy mężczyźni również, ale łódzki przemysł włókienniczy w 80 proc. opierał się na kobietach) w Zakładach Przemysłu Bawełnianego im. Juliana Marchlewskiego (dawnej Fabryce Izraela Poznańskiego, która dziś kojarzy się z centrum handlowym Manufaktura). Protestujące domagały się 20-procentowej podwyżki płac.

12 lutego strajkowało już 12 tys. osób. Dwa dni później w informacji dla KC PZPR odnotowano, że w Marchlewskim „atmosfera jest w stanie wrzenia”. Władze centralne zaczęły realnie obawiać się możliwości wybuchu w regionie strajku powszechnego, który mógłby pociągnąć za sobą falę strajków w całej Polsce – czyli tego, co wydarzyło się dopiero 9 lat później, w sierpniu 1980 r. – pisze o tych wydarzeniach Marta Madejska w książce „Aleja Włókniarek”.

Włókniarki domagały się też poprawy warunków pracy i jej bezpieczeństwa. Nierzadko pracowały na maszynach, które pamiętały czasy „Ziemi Obiecanej” Władysława Reymonta. Psuły się regularnie, ogłuszały, pyliły. Ciągłe awarie spowalniały pracę, ale to pracownice musiały się tłumaczyć, dlaczego nie wyrabiają norm.

Marta Madejska w swojej książce zebrała relacje włókniarek z różnych okresów Łodzi włókienniczej – od połowy XIX w. do połowy lat 90. XX w. Rozmawiała m.in. z panią Zofią, prządką z zakładów Obrońców Pokoju, która tak wspomina strajk okupacyjny z 1971 r.: „Płakały, bały się. Dużo osób bało się, że straci pracę, bo nie wiedziało, jaką podjąć decyzję. Strach. Siedzieliśmy po dwie zmiany. A następni znów dwie. Nie każdy mógł. Nie było jak  dzieci odebrać (…). Dom należał zawsze do kobiet. W końcu z jednej strony chciała każda lepszego bytu i lepszych warunków, a z drugiej bała się, że w domu coś złego się z dziećmi dzieje”.

Czy w Łodzi będą strzelać?

Ten strach dodatkowo potęgowało wspomnienie wydarzeń w Gdyni, gdzie strzelano do niczego nie spodziewających się robotników. Czy władza odważy się podnieść rękę na kobiety?

14 lutego do Łodzi przyjechała trzyosobowa delegacja rządowa. Ważni ludzie z Warszawy spotkali się z kobietami, które w żaden sposób nie „kupowały”urzędniczej retoryki, zapewnień, że to przejściowe problemy, że będzie lepiej.

– Proszę panów, drżę ze strachu, chcę wrócić spokojnie do domu, do dzieci. Jest jednak wiele spraw do załatwienia. Czy musi być u nas tylu kierowników, dyrektorów? Jak trzeba naprawić maszynę, to nie ma nikogo, silniki się palą. Wezmę 100 zł do rzeźnika, kupię pół kilo mięsa, kaszanki i pieniędzy nie ma. Kiedy już nie mam sił, idę do naszego lekarza, ale tam wcześniej dzwoni kierownik, żeby nie dać mi zwolnienia, bo nie ma kto obsługiwać maszyn – cytuje Madejska jedną z robotnic. Gdzieś w połowie swojej wypowiedzi zaczęła płakać, jeśli wierzyć przekazom, dużo było w czasie tego spotkania płaczu.

Ważni panowie z Warszawy czuli się zagubieni. Nie byli przyzwyczajeni do sytuacji, w której konfrontują się z kilkusetosobową delegacją kobiet, z których wiele jest na skraju załamania i wcale się swoich emocji nie wstydzą. Skonfundowanie wzmacniał fakt, że w Polsce Ludowej nikt kobiet nie wciągał w brudną politykę; to domena mężczyzn. Kobieta to strażniczka ogniska domowego, ktoś niemal święty, a tu się okazuje, że tysiące świętych mają pretensje o to, jak świat jest poukładany.

15 lutego strajkowały już 32 zakłady pracy. Choć był to jeden z największych strajków w powojennej Polsce (uczestniczyła w nim porównywalna liczba osób co w dużo lepiej po latach pamiętanych protestach w 1976 r.), media oczywiście ten fakt przemilczały. To nic, informacja i tak rozprzestrzeniała się po kraju.

Niektóre zakłady w miarę normalnie funkcjonowały, ale praca odbywała się wolniej. Do samego końca strajkujący pozostali na terenie fabryk – fala niepokoju nie wylała się na ulice miasta.

Strajk zakończył się 15 lutego. Wczesnym wieczorem podano komunikat Rady Ministrów o wycofaniu się z podwyżek. „1 marca bieżącego roku ceny artykułów żywnościowych łącznie z mięsem i jego przetworami wracają do poziomu sprzed 13 grudnia” – ogłoszono.

Powoli wracano do pracy. Prasa zdawkowo wspominała o zażegnaniu „tymczasowych przestojów w pracy”.

 

Dzisiejsze centrum handlowe manufaktura, czyli dawne zakłady przemysłowe im. Marchlewskiego

Kto dziś pamięta o łódzkich włókniarkach?

Włókniarki mogły być z siebie dumne. Dzięki ich uporowi komunistyczne władze wycofały się z podwyżek cen żywności. W Łodzi udało się to, o co w grudniu 1970 roku walczyli stoczniowcy na Wybrzeżu.

Pracownice zakładów włókienniczych to po prostu twarde kobiety. Pracując w fabryce, trzeba mieć, kolokwialnie mówiąc, jaja. I nie bać się walczyć o swoje. A skąd się wzięły – i co równie ważne, dokąd poszły, gdy ich zakłady pracy nie wytrzymały ciężaru reform rynkowych początku lat 90.?

Madejska ze smutkiem zauważa, że „pierwsze łódzkie robotnice pozostają historycznie nieme”. Wskutek odcięcia Kongresówki, na terenie której leży Łódź, od wielkopolskiego okręgu włókienniczego, zapadła decyzja o tym, by od zera zbudować tu wielkie zakłady, które będą dostarczały włókna na teren zaboru rosyjskiego, Rosji i za granicę. Nad niedużą osadą (formalnie Łódź ma prawa miejskie od XV w., ale do połowy XIX stulecia pozostawała nieco większą wsią – co ciekawe, położoną nad kilkoma rzekami, po których ślad zaginął) zaczęły wyrastać fabryczne kominy, a z każdym tygodniem przybywali chętni do podjęcia pracy. Władze carskie oferowały  fachowcom z Saksonii, Śląska czy Wielkopolski doskonale warunki życia i pracy, jeśli ci zdecydują się przyjechać do Łodzi i tu wykorzystać swe umiejętności. Biedocie zatrudnianej przy obsłudze maszyn musiały wystarczyć najbardziej podstawowe warunki.

Łódź fabryczną końca XIX w. świetnie opisał Władysław Reymont. Ogromny hałas, zapylenie, wypadki przy pracy, do tego kilkunastogodzinne zmiany i praca dzieci to smutna norma tamtych czasów.

Smutny proceder tamtych czasów

Normą było też to, co dziś nazwiemy molestowaniem seksualnym, a wtedy był to po prostu sposób wyrażenia wdzięczności za przyjęcie dziewczyny do pracy. W wielu fabrykach preferowano ładne kandydatki. Odmowa „zapłaty ciałem” karana była odpowiednią adnotacją w książeczce pracy, co bardzo utrudniało znalezienie innego pracodawcy. W czasach, gdy liczba kandydatek kilkakrotnie przewyższała liczbę miejsc pracy, kobiety musiały schować dumę do kieszeni i godzić się na takie poniżające traktowanie.

– Tak majster T. postępował wobec kobiet, które mu stawiały opór: starał się usuwać je z pracy, nie reperował im warsztatów, gdy się tego domagały, klął i cholerował, a nawet czasem, zakładając osnowy, rozmyślnie rwał nici, by tkaczka kilka godzin straciła na naciąganie – to jedna z relacji z prasy łódzkiej z początku lat 30. XX w., do której dotarła Madejska.

„Jestem bez wyjścia do życia”

Wspomniany już huk maszyn, niskie płace i upokorzenia – i zupełny brak szans na to, że dzięki ciężkiej pracy los któregoś dnia się poprawi – nie wyczerpują nadal katalogu tego, co najcięższe. Do tego dochodziła jeszcze wielowarsztatowość, czyli konieczność jednoczesnego obsługiwania różnych maszyn i różnych etapów produkcji. Skoro sprawna kobieta może pracować jednocześnie na dwóch krosnach, to może i na czterech. Skoro prządka w „normalnych” warunkach może obsługiwać 550 wrzecion, to w latach kryzysu lat 30., gdy nie ma czasu na sentymenty, może pracować na tysiącu wrzecion. Nie chce, nie umie, opadła z sił po miesiącach takiej harówki? Pod bramą fabryki na pewno kręci się inna, może młodsza, silniej zmotywowana…

W 1927 r. w fabrykach włókienniczych w Łodzi pracowało prawie 99 tys. osób. Pod koniec 1931, a więc dwa lata po wybuchu kryzysu, zaledwie 64 864. Co się stało z tymi, dla których zabrakło pracy nawet za najniższe stawki? Część wróciła do rodziny na wsi, część emigrowała, ale gros wegetowało na granicy ubóstwa w zatłoczonych izbach na osiedlach robotniczych. „Ci, którzy przeżyli zimę, właśnie wyłaniali się z kryjówek, strasząc swoim widokiem tych, którym jeszcze udawało się utrzymać pracę i własny kąt. Bezrobotni w desperacji czuwali pod fabrykami i pisali do zakładów podania z prośbą o pracę” – opowiada Madejska.

– Jestem bez wyjścia do życia. Mam czworo dzieci. Mój mąż pracuje tylko dwa dni. Proszę Wielmożnego Pana Herbsta o jakiekolwiek wsparcie, względnie pracę, gdyż znajduję się w bardzo wielkiej nędzy – to jeden z takich listów.

Te, którym udało się utrzymać zajęcie, pracowały za dwie, ale jednocześnie miały niższą niż wcześniej pensję. A rodziny, którym nie udało się wiązać końca z końcem, żyły w obawie przed eksmisją lub po prostu śmiercią z głodu lub wycieńczenia organizmu.

„Jak zjeść kartkę nożem i widelcem?”

Kryzys się skończył, po nim przyszła wojna. W 1945 r. zainstalował się rząd, który na sztandary wyniósł interesy ludu pracującego, ale życie włókniarek nie stało się jakieś prostsze. Rząd niby robotników kochał, ale raczej tych pracujących w przemyśle ciężkim – hutników, metalowców, stoczniowców… Do włókniarek również miał duży szacunek, ale raczej na poziomie deklaracji. Do łódzkich zakładów nie trafiały takie pieniądze jak na Śląsk czy Wybrzeże. Robotnice zarabiały mało, a obowiązki wykonywały na przestarzałym, awaryjnym sprzęcie.

W stół uderzyły dwukrotnie. O ile początek lat 70. upłynął we względnym dobrobycie, za który odpowiadały zagraniczne pożyczki brane przez ekipę Gierka, to już początek lat  80. oznaczał zupełne pustki w sklepach. Mięso, wędliny, mleko, sery, cukier, mąka, papierosy, alkohol, środki higieny stały się towarami wręcz luksusowymi. Nie mogąc poradzić sobie z dostarczaniem ich do sklepów, rząd wpadł na pomysł, że problem rozwiąże reglamentacja, czyli wprowadzenie kartek na najbardziej nawet niezbędne towary. Czy dzięki temu polskie rodziny mogły sobie pozwolić na pełnowartościowe posiłki? Nie, bo przydziały nadal były małe, a kartki wcale nie rozładowały kolejek. Kryzys narastał i nie sposób było go ignorować.

– W okresie letnim zaczęły się niesamowite problemy z zaopatrzeniem. Rozmawiając w zakładach pracy z kobietami, członkami “Solidarności”, widziałem brak jakiejkolwiek nadziei czy nawet chęci do życia. Jedno wielkie zmęczenie. Wyglądało to w ten sposób, że rano, gdy kobieta szła do pracy na godzinę piątą, zamawiała sobie miejsce w kolejce. Po zmianie przychodziła i stała przed sklepem kilka godzin. W międzyczasie musiała nakarmić dzieci przychodzące ze szkoły i wracała do kolejki. Zdarzały się sytuacje, że prosto spod sklepu szła do pracy – opowiadał po latach o tym trudnym okresie przewodniczący Zarządu Regionu Ziemi Łódzkiej NSZZ “Solidarność” Andrzej Słowik.

30 lipca 1981 roku. Tłum składający się z kobiet i dzieci, z których wiele było w wózkach, przeszedł ulicą Piotrkowską  skandując na przemian te same okrzyki: „Trzy zmiany – jeden głód”, „Jak zjeść kartkę nożem i widelcem”, „Kto jest odpowiedzialny za ten skandal?”. Wydarzenie to zapisało się w historii jako marsz głodowy – nazwa nawet po latach wywołuje dreszcze. Był częścią większej akcji protestacyjnej: kilka dni wcześniej głównymi ulicami miast przejechały autobusy z biało-czerwonymi flagami, które z megafonu wzywały władze do większej troski o ludzi, a pracownice łódzkich zakładów – do strajkowania.

Szacuje się, że 30 lipca manifestowało ponad 50 tys. osób. Lista postulatów, które odczytała reprezentantka „Solidarności”, była długa, zaczynała się od wezwania do uporządkowania systemu wydawania kartek i cofnięcia decyzji o obniżce norm „przydziałów mięsa i przetworów”.

Kilka miesięcy po marszu głodowym rozpoczął się stan wojenny, czy więc ten zryw był tylko sprzeciwem łódzkich robotników, który nie pociągnął za sobą nic konkretnego? Nie powstrzymał biegu wydarzeń, ale był największym masowym protestem od czasu Sierpnia 80. Po raz pierwszy „Solidarność” wyprowadziła ludzi z zakładów na ulice.

Osiedle Księży Młyn (fot. P. Miłek)
Osiedle Księży Młyn (fot. P. Miłek) (18)

Bardzo trudne lata 90.

Łódzkie włókniarki jeszcze raz próbowały zawalczyć o swoje, gdy w latach 90. zmieniał się system, a kolejne zakłady pracy były zamykane jako nierentowne, przestarzałe, niepotrzebne w nowej rzeczywistości. W ciągu kilku lat pracę straciło kilkadziesiąt tysięcy osób, nierzadko były to kobiety, które w trzecim czy czwartym pokoleniu pracowały w zakładach włókienniczych. W połowie lat 90. ubiegłego wieku rozpoczął się chyba najtrudniejszy okres w niezbyt długiej, lecz barwnej historii Łodzi: bezrobocie i związana z nim bieda, wykluczenie mas ludzi.

Przemysł włókienniczo-odzieżowy w Łodzi i okolicach przetrwał te zawieruchę, ale to już opowieść na inna okazję. Kogo zainteresował temat łódzkich włókniarek, powinien koniecznie sięgnąć po książkę Marty Madejskiej „Aleja Włókniarek”, która za cel postawiła sobie dać głos kobietom, które przez całe lata ubierały Polskę, ale o losie których w sumie niewiele wiedzieliśmy. W ich historii odbija się 150 ostatnich lat historii Polski – warto.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *