Łódź. Tu się kieruje przez zarządzanie kryzysowe. Ciągle coś się dzieje

Categories Historia, Ludzie/ Świat

 

Rok temu o Łodzi pisano przez pryzmat zawalonych kamienic i tysiącach ludzi mieszkających w niekiedy stuletnich domach, które natychmiast powinny być wyłączone z eksploatacji. Wcześniej był Bogusław Linda i jego słynne „miasto meneli”. Łódź umierała całe lata 90.: bezrobocie, szarość, ogólna beznadzieja. Dwaj łodzianie przekonują, że najgorsze miasto ma już za sobą.

 

Martyna Kośka, Wirtualna Polska: Precyzyjny tytuł książki: „Łódź”. No to już wiemy, o czym będą te opowieści. Ale mamy też podtytuł: „Miasto po przejściach”.

Wojciech Górecki: Słowo „po” sugeruje, że działy się rzeczy burzliwe , ale miasto ma najtrudniejszy czas już za sobą. A ten burzliwy czas to pierwsze lata po transformacji, które dla Łodzi okazały się traumatyczne.

Wprawdzie wszędzie padały zakłady i w każdym regionie pojawiło się bezrobocie, ale doświadczenie Łodzi było unikatowe – a to z racji oparcia wszystkiego o jedną gałąź przemysłu. Porównałbym je do sytuacji w Rosji, gdzie istniał szereg tzw. monomiast, czyli miast utworzonych wokół jednego zakładu, tylko że tu tych zakładów było bardzo dużo. PRL-owskie zakłady-karmiciele nie tylko dawały pracę, lecz również prowadziły żłobki, przedszkola, więc całe życie robotników organizowane było wokół nich. Gdy więc upadła branża, upadło też miasto.

Województwo łódzkie było w całości, obok okręgu wałbrzyskiego, objęte bezrobociem strukturalnym, co było finałem długiej historii utworzenia w Łodzi monokultury przemysłu włókienniczego. Takie są konsekwencje sytuacji, gdy jedna branża utrzymuje miasto i nie ma rodziny, w której nikt by nie pracował w przemyśle włókienniczym. Gdy ta branża-rodzicielka ma problemy, to całe miasto ma problemy.

W jednym ze swoich tekstów z tamtych lat opisałem kradzieże w domu handlowym Central. Co trzeci-czwarty przyłapany złodziej okazywał się bezrobotny. Ci bezrobotni w dziewięćdziesięciu procentach kradli żywność. Zatrzymani nie prosili, aby im darować, nie starali się tłumaczyć, że to pomyłka. Mówili, że chcieli ukraść, bo byli głodni, nie mieli pieniędzy, skończył im się zasiłek. Pouczani reagowali agresją: państwo miało przecież dać każdemu, co mu się należy. Jeśli nie daje, to trzeba sobie wziąć samemu. Takie były wtedy nastroje.

Bartosz Józefiak: Chociaż gdyby się cofnąć, to mamy PRL ze strajkami włókniarek, międzywojnie z krwawo tłumionymi strajkami robotników, rewolucja 1905 r. Lata dwutysięczne, czyli prezydentura Jerzego Kropiwnickiego, to również trudne lata dla miasta, więc można powiedzieć, że to jest miasto w permanentnym kryzysie. Tu się kieruje przez zarządzanie kryzysowe, bo ciągle coś się dzieje.

Od 10 lat łodzianie wierzą, ze będzie już tylko lepiej. Pojawiło się jednak kolejne ryzyko – kurczenie się miasta.

Jeszcze kilka lat temu Łódź była drugim pod względem liczby ludności miastem w Polsce. Przegonił nas Kraków.

B.J.: Zastanawialiśmy się z Wojtkiem, czy kurczenie się nie okaże się dla Łodzi szansą. Ważne, by nie był to gwałtowny proces, w wyniku którego powstaną pustynie infrastrukturalne. Ale jeśli liczba ludności będzie spadała powoli, a miasto będzie w naturalny sposób dopasowywało infrastrukturę do mniejszej liczby mieszkańców, to ten proces może przynieść pewne korzyści.

Mija rok od dnia, kiedy wszystkie media w Polsce poświęciły Łodzi dużo uwagi. Było to następstwem zawalenia się kilku kamienic. Po tym, jak runął remontowany kilkukondygnacyjny budynek przy ul. Rewolucji 1905 r., miasto zarządziło wyprowadzkę ludzi z kilku innych budynków w najgorszym stanie. Tyle tylko, że stan tych budynków nie pogorszył się z dnia na dzień; one od lat groziły zawaleniem.

B.J.: Tu nie ma mądrego. Władze mają projekt, by wyburzyć część budynków w najgorszym stanie, a następnie sprzedać deweloperom działki w atrakcyjnych cenach pod warunkiem, że część mieszkań zajmą lokatorzy wyburzonych kamienic. To dobry pomysł i mam nadzieję, że się powiedzie, ale nie da się w ten sposób rozwiązać problemu wszystkich zrujnowanych kamienic.

Skala potrzeb jest ogromna. Na remont wszystkich miejskich kamienic potrzeba 13 mld zł, a tego nie udźwignie żaden samorząd.

Myślę, że w Łodzi można ogłosić stan klęski żywiołowej – a żywiołem jest tu architektura. Tak jak Wrocław otrzymał miliardy z budżetu, gdy w 1997 r. ucierpiał w tzw. powodzi tysiąclecia, tak do Łodzi mógłby zostać skierowany strumień pieniędzy. Nie ma innego wyjścia.

W.G.: Łódź nigdy nie miała silnego lobby w Warszawie. Choć z Łodzi pochodziło kilku ważnych polityków w różnych rządach, nie przełożyło się to na znaczącą reprezentację we władzach. I mówię tu o wszystkich ekipach od PRL-u do dzisiaj.

W związku z tym Łódź „od zawsze” jest traktowana po macoszemu. Za komuny – bo nie potrafiła się upomnieć o swoje. Wtedy pieniądze dostawały branże, których władze się bały. Jak górnicy zastrajkowali, to nie było węgla i dewiz z eksportu, więc środki szły szerokim strumieniem. Na wsparcie mogły tez liczyć jakieś „wizytówki”: Poznań, bo targi międzynarodowe, Gdańsk – bo port. W Łodzi natomiast były włókniarki, do tego miasto w centrum Polski, do którego przyjeżdżało niewielu obcokrajowców. I wreszcie: niezniszczone w czasie II wojny światowej, więc przez lata nie inwestowano w budynki. Jakoś się tu mieszkało – i to „jakoś” trwa w wielu wypadkach do dzisiaj.

Urząd Miasta Łodzi przygotował specustawę, która pozwoliłaby przekierować dodatkową pule pieniędzy na łódzkie kamienice.

B.J.: Nie był ona głosowana w parlamencie i nie sądzę, by w dobie pandemii miała być. Wicepremier Piotr Gliński, który kandydował z Łodzi, proponował, by pieniądze z ministerstwa kultury przeznaczać na renowacje kamienic w ramach renowacji zabytków. Świetny pomysł, ale już trochę nie mamy czasu na debatowanie, co zrobić i w którą stronę pójść, bo następna kamienica, która się zawali, będzie z ludźmi w środku. I wtedy, jak to Polacy, obudzimy się dopiero, gdy będzie już za późno, gdy zginą ludzie.

To, że do tej pory zawaliły się tylko niezamieszkane, to cud, przecież w sąsiednich byli ludzie. Ratowanie zrujnowanych kamienic to nie kwestia estetyki, lecz zapobieżenie tragedii, w której mogą zginąć lokatorzy. Jestem zły na władze, nawet nie Łodzi, lecz krajowe, że nie dostrzegają powagi sytuacji.

Czytaj więcej o problemie zrujnowanych łódzkich kamienic: Miasto tysiąca ruin

Panie Wojciechu, w Łodzi mieszkał Pan do matury. Później studia w Warszawie i lata spędzone na Kaukazie, który przybliżał nam Pan już od lat 90. Cały czas wracał Pan jednak do Łodzi nie tylko po to, by odwiedzać rodzinę, lecz również pisać reportaże z miasta w czasach transformacji. Jakie są Pana wspomnienia z Łodzi z czasów dzieciństwa, ze szkoły?

W.G.: Świadomie pamiętam Łódź lat 80., czyli czarnych lat stanu wojennego. Mieszkałem na Retkini, a obok był ośrodek milicyjny. Z okien widywałem, jak przejeżdża po 40 czy nawet 50 aut do przewozu osób zatrzymanych, tak zwanych suk. Robiło to upiorne wrażenie.

To jednak wspomnienia typowe dla mojego pokolenia. A takie prawdziwie „łódzkie” to przejazd tramwajem obok Pałacu Poznańskiego. Niesamowity był rozmach pałacu na tle szarych kamienic. Często też chodziłem do galerii w Parku Sienkiewicza, w której mieściło się Biuro Wystaw Artystycznych. Prowadzał mnie tam dziadek, prosty robotnik, który miał w tej galerii znajomego portiera. Na tle tej ogólnej szarzyzny dawało mi to poczucie, że gdzieś tam jest jakiś inny świat.

Trzecie, co utkwiło mi w pamięci, to świadomość, że Łódź jest miastem wielokulturowym. Niewiele o tym wiedziałem, bo o żydowskiej czy niemieckiej przeszłości miasta się nie mówiło, ale już jako dziecko czułem, że ma bogatą historię. Miałem swoje tropy: napisy jeszcze z czasów carskich, które zachowały się gdzieniegdzie na budynkach, nagrobki na cmentarzu prawosławnym w jakimś niezrozumiałym alfabecie.

Do tego rusycyzmy używane przez moją babcię. Na przykład nie mówiła „tornister”, ale „raniec”.

Moi dziadkowie też używali tego słowa. Oboje całe życie przepracowali w zakładach włókienniczych. Typowy łódzki życiorys.

W.G.: No właśnie, już pomijając te typowo łódzkie typowo słowa jak „angielka”, „krańcówka” czy „migawka”, w języku łodzian zakotwiczyły się słowa pochodzące z rosyjskiego. Do dziś niektórzy łodzianie „odkrywają” butelkę zamiast ją otworzyć.

Czy był Pan zaskoczony, gdy Wydawnictwo Czarne wyszło z inicjatywą wznowienia Pana tekstów z lat 90.?

W.G.: To nie była konkretna propozycja, raczej luźna rozmowa, czy bym nie pomyślał o sięgnięciu do tych moich juweniliów. W pierwszej chwili się ucieszyłem, ale potem uświadomiłem sobie, że niektóre teksty bardzo się zestarzały. Pomysł, co z tym zrobić, rodził się kilka lat. W końcu trafiłem na współczesne reportaże Bartka i pomyślałem, że fajnie by zderzyć w jednej książce dwie epoki. Pokazać punkt wyjścia i punkt dojścia. Do tego wszystko byłoby opisane przez młodego reportera: mnie sprzed trzydziestu lat i Bartka obecnie. Tak zrobiliśmy.

Praca nad którym tekstem najbardziej utkwiła Panu w pamięci?

W.G.: W sensie twórczym najlepiej „bawiłem się” przy tekstach, które są posklejane z moich starych artykułów i współczesnych Bartka, czyli reportażach o Wiśniewskim i o ulicy Piotrkowskiej. Mamy cały diapazon opinii na temat tej książki – od zachwytu do totalnej krytyki – ale nawet zagorzali krytycy chwalą te dwa teksty.

Łódzkie kamienice gotowe do rozbiórki

Źródło: WP

No właśnie, Wiśniewski. Ten Wiśniewski. W Łodzi dał się poznać, zanim cała Polska w połowie lat 90. Nuciła „wstań, powiedz nie jestem sam”.

W.G.: Historia, którą opisałem w książce, miała miejsce zanim Michał stał się sławny. Zafascynowała mnie, bo była taka bardzo w stylu „Ziemi obiecanej”. Tam – trzech facetów, którzy nie mają nic, budują fabrykę. Tu – chłopak przyjeżdża z Niemiec, nie ma niczego i podejmuje się wystawienia musicalu. Wszystko profesjonalnie, żadnych kompromisów.

Historia Michała Wiśniewskiego to jedna z niewielu „success stories” w naszej książce. Pisaliśmy przede wszystkim o smutnych rzeczach, a tu mamy opowieść o facecie, który zrobił karierę i wszyscy o nim usłyszeli.

„Niewypał”. Taki tytuł ma ten rozdział.

W.G.: Michał Wiśniewski pochodził z nizin społecznych. W jego domu się nie przelewało. Chciał od życia znacznie więcej, niż miało mu do zaoferowania, zawsze go nosiło. W latach 80., jako dziecko, wyjechał do ciotki do Berlina i wziął udział w szkolnym musicalu „The Rocky Picture Horror Show”. Ten spektakl musiał zrobić na nim ogromne wrażenie, bo gdy w Polsce zmienił się ustrój, nastoletni Michał wrócił do Łodzi z pomysłem, by wystawić go w swoim rodzinnym mieście.

Michał był dzieckiem swoich czasów w tym sensie, że jego wyobraźni nic nie hamowało. Nie brał pod uwagę wystawienia musicalu w jakimś domu kultury gdzieś na Dąbrowie, gdzie byłoby to dużo prostsze, ale od razu w Teatrze Wielkim. Piosenki miały być nagrane w Tonpressie, zaś na scenie miał się pojawić liczny zespól wokalistów i tancerzy. Wszystko z rozmachem!

A że to kosztuje? I tu Michał widział raczej szanse niż problemy. Najpierw przerobił w paszporcie datę urodzenia i dodał sobie dwa lata, by wyglądać poważniej w oczach „partnerów biznesowych”. Jeszcze w Berlinie wydrukował w automacie wizytówki wymyślonej przez siebie firmy i udał się na rozmowy, ale nie jako pospolity Michał Wiśniewski, lecz Michael Christian von W. Wyglądał jak artysta, zachowywał się jak artysta, zjednywał sobie ludzi i przekonywał ich do swojego projektu.

Łódzka „Estrada” bez większych trudności udostępniła mu salę na próby. Michael Christian zorganizował casting, na który zaprosił wyłącznie amatorów. Zgłosili się głównie uczniowie i studenci. W lipcu 1990 r. zaczęły się próby, a premierę zapowiedziano na styczeń 1991 r. Czasu niewiele.

Szybko się okazało, że sam zapał to za mało. Choć Wiśniewski sprawiał wrażenie człowieka, który w branży siedzi od dawna i niejedno już zrobił, to zwyczajnie brakowało mu doświadczenia. Nie dało się też w nieskończoność ukrywać braku pieniędzy. Wystawiał czeki bez pokrycia i w którymś momencie wierzyciele zaczęli się domagać zwrotu kosztów, które ponieśli w związku z pracą nad spektaklem.

W listopadzie Wiśniewski został zatrzymany.

W.G.: W tamtym czasie sprawdzanie, czy czeki mają pokrycie, trwało bardzo długo, więc Wiśniewski wpadł dopiero po kilku miesiącach. Zawiadomienie o przestępstwie złożyły telewizja i Powszechny Bank Gospodarczy, który wypłacił 2 miliony ówczesnych złotych, choć na książeczce czekowej było zaledwie dziesięć tysięcy. Co ciekawe, z roszczeniami nie wystąpiła „Estrada”. Ba, jej dyrektor był wręcz zdania, że Wiśniewski uratował tę firmę. Bank, do którego dyrektor zaniósł czek, wyszedł z założenia, że „Niemcy nie oszukują” i wypłacił równowartość żądanej kwoty w złotówkach.

Wszyscy, z którymi rozmawiałem w latach 90. o tej sprawie wyrażali się ciepło o Wiśniewskim. Nawet przesłuchujący go policjant powiedział mi, że jest pewien, że gdyby się Wiśniewskiemu udało, to z pewnością oddałby wszystkie pieniądze, bo to był taki typ człowieka. Nie wyłudzał, by mieć pieniądze na wygodne życie, lecz po to, by zrealizować musical, w który wierzył.

B.J.: Późniejsze losy Wiśniewskiego są znane. Zanim usłyszała o nim cała Polska, założył pierwszy w mieście klub karaoke. Przy tej okazji poznał Jacka Łągwę i Magdę Femmę, zaczęli razem śpiewać…

Wojtek powiedział, że to jedyna „success story” w naszej książce, ale z łyżeczką dziegciu. Łódź nie kibicowała zespołowi Ich Troje, mało kto tu cieszył się z jego sukcesu. Michał mówił w rozmowie ze mną, ale również wywiadach, że było mu smutno, gdy widział transparenty „Łódź przeprasza za Ich Troje”.

Więc jak już coś łodzianinowi wyszło – ale w stylistyce, z której się reszta Polski podśmiewa – no to nie jesteśmy z niego dumni.

Łódź Fabryczna

Źródło: Pixabay

Tych success stories trochę jednak w ostatnich 30 latach jednak było. Władze lubią się chwalić Nowym Centrum Łodzi w okolicach Dworca Łódź Fabryczna. To projekt jeszcze z czasów Kropiwnickiego. Miały być biurowce, wielka sala widowiskowa, studio filmowe Davida Lyncha, który ponoć tak się w Łodzi zakochał, że chciał tu zamieszkać… Po czasie wiemy, że były to marzenia na wyrost i zrealizowano ledwie ułamek zapowiedzi. Może prowadzicie takie prywatne rankingi tego, co się w Łodzi najbardziej udało?

B.J.: Wymieniłaś NCŁ, którego nie jestem wielbicielem. Realizacja tego projektu zaczęła się ponad 10 lat temu i końca nie widać, więc może wstrzymajmy się z ocenami. Biurowce nie rosną, studia filmowego nie ma… Powstał za to Dworzec Łódź Fabryczna: największy dworzec w kraju, obliczony na więcej pasażerów, niż Warszawa Centralna. Piękny, ale świeci pustkami o każdej porze. Wiem co mówię, jestem tam co najmniej raz w tygodniu. Za to na wielki parking kierowcy zjadą [już zjeżdżają] długimi serpentynami okalającymi dworzec.

Czytaj też: W tym mieście bieda przez lata miała twarz kobiety. Nie paliły opon, nie upominały się o swoje

Te ślimaki niesamowicie wyglądają na zdjęciach z drona lub choćby na Google Maps. Poplątane, trzypoziomowe, kompletnie nieuzasadnione na dworcu, z którego przed pandemią korzystało nie więcej niż 8 tys. pasażerów dziennie.

B.J.: Tak jakby miasto zakładało, że ludzie muszą niemal na sam peron dojechać autem! W innych miastach zachęca się do dojazdów komunikacją miejską, więc nie rozumiem tej koncepcji. Architektonicznie za to dworzec i okolice z parkiem Moniuszki na czele – bardzo mi się podobają.

Ciekawe, że władze Łodzi – już od Kropiwnickiego – trwały na stanowisku, że miasto potrzebuje nowego centrum. Rozumiecie: nowe centrum dużego, istniejącego i spełniającego różne funkcje miasta! Jak gdyby kolejni rządzący pomyśleli sobie, że OK, mamy tę Łódź taką a nie inną, nic się z tego już nie da wykrzesać, więc odpuśćmy i po postu wybudujmy nowe centrum. To brzmi jak kompletny brak wiary w swoje miasto!

Mój prywatny ranking sukcesów otwiera rewitalizacja Piotrkowskiej. Na drugim miejscu jest odnowienie fabryk i nadanie im nowych funkcji. Zaczęło się kilkanaście lat temu od Manufaktury, od niedawna otwarty jest kompleks Monopolis na terenie dawnego Monopolu Wódczanego. Teraz mówi się o rewitalizacji Wi-My na Widzewie. To ogromny sukces, po część fabryk straciliśmy bezpowrotnie – najpierw upadły zakłady, później w ruinę popadły budynki, w których się znajdowały. To, że znaleźli się inwestorzy, którzy mają pomysł, jak wykorzystać te powierzchnie oraz deweloperzy, którzy umieją to zrobić, to prawdziwie coś fantastycznego.

Łódzka Manufaktura

Źródło: Pixabay

A trzecia rzecz?

B.J.: A może nawet nie trzecia, lecz najważniejsza. To zmiana myślenia Polaków o Łodzi i samych łodzian o Łodzi. Choć ciągle zdarzają się ludzie z innych części Polski, którzy mówią „ach, ta Łódź jest okropna. Studiowałem tam 20 lat temu i nie chciałbym wracać”, ale jednak narracja zmieniła się na lepsze. No i sami łodzianie mają coraz więcej powodów do dumy ze swojego miasta i mówią o tym.

W.G.: Paradoksalnie Bogusław Linda, który w 2015 r. powiedział, że „Łódź to miasto umarłe, miasto meneli”, bardzo Łodzi pomógł. Mieszkańcy miasta poczuli się urażeni, ale przekuli złość w coś twórczego – na przykład zaczęli się fotografować w koszulkach z napisem „Jestem z miasta meneli”. Pokazali, że mają do siebie dystans. Poza tym w Polsce jest tak, że jak kogoś biją, to obserwatorzy biorą stronę bitego, wobec tego Łódź zyskała wielu sympatyków.

Łódź w ostatnich latach wyrobiła sobie markę. Mieszkam od dawna w Warszawie i regularnie słyszę, że jeden czy drugi kolega pojechał do Łodzi na weekend czy choćby na jeden dzień, bo a to zwiedzanie, a to koncert w Atlas Arenie, to jakaś wystawa. W latach 90. czy dwutysięcznych nikomu z Warszawy nie przyszłoby do głowy, żeby rekreacyjnie jechać do Łodzi na weekend! Do świadomości warszawiaków nareszcie przebiło się, że półtorej godziny jazdy autem czy pociągiem jest miasto, w którym dobrze można spędzić czas.

Bartek, a twoje ulubione teksty?

Mnie również pisanie tekstu o Wiśniewskim sprawiło dużą przyjemność. Odwiedziłem go przy tej okazji. Świetny facet! Drugim tekstem, który miło wspominam, był ten o Piotrkowskiej. Fajnie było popatrzeć na ulicę nie jako przechodzień, lecz jako reporter, który wchodzi w różne zakamarki.

I co w tych zakamarkach odkryłeś?

Chociażby gdzie jest melina. Skarbnicą wiedzy okazali się bezdomni i rikszarze. Wiedzą wszystko: gdzie się jeździ na dziewczyny, pod którą knajpą dają największe napiwki…

Napisanie reportażu z perspektywy rikszarza to w ogóle nie był mój pomysł. To Olga Gitkiewicz, z którą konsultowałem tekst podpowiedziała, by tak zrobić, bo riksz nie ma nigdzie indzie w Polsce, a przynajmniej nie na taką skalę. Ktoś z zewnątrz musiał mi uświadomić, że mamy w Łodzi coś nietypowego, bo ja tak bardzo się do ich widoku przyzwyczaiłem, że przestałem zwracać na nie uwagę.

To dobre pytanie, dlaczego one powstały. Moi rozmówcy wspominają wielkie wypożyczalnie riksz z lat 90., do których ustawiały się kolejki. Ktoś po prostu wziął kredyt i wymyślił taki biznes. Pracy w Łodzi brakowało, a rikszę każdy mógł wynająć i z dnia na dzień zacząć zarabiać. Tu bym upatrywał ich początkowego sukcesu.

Było wiele zakusów, by je zlikwidować. Dotarłem do tekstów z początku lat dwutysięcznych, w których urząd miasta postulował ich usunięcie – bo obskurne, niekiedy w złym stanie technicznym. Ale rikszarze się nie dali, choć to nie jest ani łatwa praca, ani dochodowa. Stawki za przejazd Piotrkowską, czyli ponad 2 km, nie zmieniły się od lat i wynoszą ok. 7 zł. W innych dużych miastach nikt by za takie pieniądze nie chciał pracować, więc nie najlepiej świadczy to o łódzkim rynku pracy.

Myślę, że rikszarze przetrwali, bo na Piotrkowskiej zabroniony jest ruch samochodowy, więc żaden Uber nie stanowi dla rikszarzy konkurencji.

Czytaj więcej: Jak łódzkie włókniarki upominały się o godność i zaopatrzone sklepy

Fenomenem jest też sama Piotrkowska. Od lat reprezentacyjna, choć nie było jej to dane raz na zawsze. Na początku lat dwutysięcznych, gdy pojawiły się galerie handlowe, w miejscu eleganckich sklepów pootwierały się secondhandy. Co witryna, to ubrania z drugiej ręki. Restauratorzy i nieliczne sklepy, które tu pozostały, apelowały do władz, by umożliwić na Piotrkowską wjazd samochodem.

W.G.: Ta ulica to fenomen i zgadzam się z opinią Marka Janiaka z grupy artystycznej Łódź Kaliska, że Piotrkowska to żywy pomnik XIX-wiecznego miasta. Z reguły miasta rozwijają się przez całe dekady i nowe budynki stają obok już istniejących, często je wypierają, więc tu mamy coś z XVII wieku, tam modernizm, po sąsiedzku coś współczesnego. Przy Piotrkowskiej jest inaczej: wszystko tu powstało tak naprawdę w jednym momencie. Poza tym, że po wojnie powstało kilka szpecących plomb, jest to bardzo konsekwentna ulica.

Przez lata zmieniała swoje funkcje. W XIX wieku powstały wzdłuż niej fabryki, rezydencje fabrykantów, domy mieszkalne, kościoły… Była również miejscem robienia zakupów. Nie przypadkiem dwa główne domy handlowe z okresu PRL-u, Central i Uniwersal, znalazły się w jej bezpośrednim sąsiedztwie. Teraz te funkcje przejęła Manufaktura i pozostałe galerie handlowe, ale na szczęście nie zabiły Piotrkowskiej, lecz ją odciążyły. Przy okazji jest to przykład doskonałej rewitalizacji. Piotrkowska nie jest już więc centrum handlu, ale gastronomii – jak najbardziej. Działają tu dziesiątki lokali, latem ogródek stoi obok ogródka.

Piotrkowska ma swoją legendę o tym, jak udało się jej uniknąć przemianowania na ul. Stalina. Otóż komuniści zaraz po wojnie zażądali, by przemianować tak główną ulicę. Radni miejscy podeszli do zadania dosłownie i przemianowali ul. Główną – tak nazywał się dzisiejszy odcinek Piłsudskiego i Mickiewicza. Piotrkowska uniknęła więc upamiętniania Stalina; mniej szczęścia miała w czasie II wojny światowej, gdy nosiła nazwę Adolf Hitler Strasse.

To od lat jedna z najbardziej rozpoznawalnych w Polsce ulic, tak jak zakopiańskie Krupówki czy sopocki „Monciak”.

B.J.: Również na tle tych dwóch wspomnianych przez Ciebie ulic Piotrkowska jest wyjątkowa, bo to ulica samych łodzian. Jasne, nie ma u nas tak wielu turystów jak w wielu innych miastach, ale mam poczucie, że zakopiańczycy nie chodzą na Krupówki, a mieszkaniec Sopotu nie czuje się gospodarzem na Bohaterów Monte Cassino, bo to ulice zostały zawłaszczone przez turystów. Tymczasem łodzianie naprawdę chodzą na Piotrkowską. To ich ulica, miejsce spotkań. Idąc tamtędy, wcześniej czy później spotkasz kogoś znajomego.

W.G.: Jest taka fraszka Jana Sztaudyngera, której nauczyłem się już w dzieciństwie: „Jest łodzian największą troską, by zmieścić wszystko na Piotrkowską”. W Łodzi nie ma jakiegoś głównego placu, plac Wolności tej funkcji do końca nie spełniał, więc naturalnym centrum spotkań i głównym punktem orientacyjnym zawsze była Piotrkowska.

B.J.: Wrócę do tego, co Wojtek powiedział o zmianach funkcji Piotrkowskiej po tym, jak na dwóch końcach deptaka powstały galerie handlowe. Był taki moment, kiedy się wydawało, ze Piotrkowska tego nie przetrwa. Sklepy upadały, wszyscy robili zakupy w Manufakturze lub Galerii Łódzkiej. Stopniowo knajpy i bary wyparły jednak sklepy. Myślę, że jej przyszłość nie jest już zagrożona. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić innego miejsca, które by pełniło takie funkcje towarzysko-artystyczno-administracyjno-turystyczne, jakie pełni Piotrkowska. Nawet jeśli powstanie Nowe Centrum Łodzi, to nie sądzę, by ludzie mieli się tam przenieść.

Źródło: Materiały prasowe

Wojciech Górecki (ur. w 1970 roku w Łodzi) – reporter, analityk i historyk specjalizujący się w tematyce Kaukazu i Azji Centralnej. Autor książek: Łódź przeżyła katharsis (1998), Planeta Kaukaz (2002, 2010, 2017), La terra del vello d’oro. Viaggi in Georgia (2009), Toast za przodków (2010, 2017), Abchazja (2013, 2017), Buran. Kirgiz wraca na koń (2018) oraz Łódź. Miasto po przejściach(wspólnie z Bartoszem Józefiakiem, 2020). Tłumaczony na języki chiński, czeski, gruziński, słowacki, ukraiński i włoski. W latach 2002–2007 pierwszy sekretarz, a następnie radca w Ambasadzie RP w Baku. Pracuje w Ośrodku Studiów Wschodnich im. Marka Karpia w Warszawie.

Bartosz Józefiak (ur. W 1987 w Pabianicach) – absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje z „Dużym Formatem”, „Tygodnikiem Powszechnym”, portalem weekend.gazeta.pl. Dwukrotnie nominowany do Nagrody „Newsweeka” im. Teresy Torańskiej w kategorii „Najlepsze w internecie”. Mieszka w Łodzi.

Książka „Łódź. Miasto po przejściach” ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne w sierpniu 2020 r.

Rozmowa ukazała się w serwisie WP Książki

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *