Zofia Stryjeńska. Buntowniczka, która nadal czeka na biografię

Categories Książki

 

Taki piękny życiorys i tak męcząca książka! Z jednej strony dobrze, że Angelika Kuźniak przypomniała Polakom postać Zofii Stryjeńskiej, z drugiej jednak nie umiem pozbyć się wrażenia, że w pewnym momencie się swoją bohaterką znudziła i straciła do tej pracy serce. Stryjeńska dawała popalić ludziom i miała trudne usposobienie, ale czy aż do tego stopnia, by zniechęcić własnego biografa?

 

 

Dziś o książce, która rozbudziła moje oczekiwania, ale na koniec pozostawiła co najmniej mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo dziękuję jej autorce, Angelice Kuźniak, że nam postać Zofii Stryjeńskiej przypomniała, bo mam wrażenie, że do niedawna jej nazwisko było zupełnie obce osobom nie związanym ze sztuką. Z drugiej: mam żal, że napisała książkę, po której pozostaje tak duży zawód. Bo wiecie, jeśli raz ktoś weźmie się za pisanie biografii, to dany życiorys długo będzie „martwy” dla innych reportażystów, bo raczej nie wydaje się w jednym czasie kilku książek poświęconych tej samej osobie (choć są wyjątki. Rok po roku ukazały się dwie biografie Tomka Mackiewicza, w ciągu kilku miesięcy na polskim rynku pojawiły się również trzy książki poświęcone niewyjaśnionym wydarzeniom na przełęczy Diatłowa).

To jednak wyjątki.

A dlaczego nie spodobała mi się książka Angeliki Kuźniak, autorki płodnej, doświadczonej i z dobrym warsztatem? Przede wszystkim mam wrażenie, że napisała bardzo nierówna książkę, której druga część jest zwyczajnie męcząca.

Buntowniczka na monachijskiej uczelni

Mamy więc bardzo ciekawy początek,  w którym opisuje krakowską rodzinę Lubańskich i ich niezwykła córkę, która chciała sięgnąć po coś więcej niż tylko to, co tradycyjnie przypada kobietom. Zofia nie chciała kończyć edukacji na Szkole Sztuk Pięknych dla Kobiet Marii Niedzielskiej w Krakowie, lecz zapragnęła kształcić się na uczelni wyższej. Jak to jednak zrobić, skoro kobiet nie przyjmowano ani na krakowską ASP, ani do szkół wyższych w innych miastach? Zofia przebrała się za mężczyznę i z podrobionymi dokumentami rozpoczęła naukę w monachijskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Szło jej bardzo dobrze i w żaden sposób nie odstawała od kolegów. Pewnie uzyskałabym dyplom, gdyby nie groźba dekonspiracji. Chcąc nie chcąc, po zaledwie roku studiów Zofia musiała spakować się i wrócić do Krakowa.

Malowała, miała dużo zamówień, stawała się coraz bardziej rozpoznawalna. Wkrótce świat miał ja zapamiętać jako Zofię Stryjeńską, gdyż w 2016 r. wyszła za mąż za Karola, starszego od niej o cztery lata projektant wnętrz i sztuki użytkowej.

Nie byli szczęśliwym małżeństwem. Ktoś powie – jak to u artystów: dużo dramatów, jak kłótnie, to takie, że naczynia latają, ale jednocześnie dużo fascynacji i namiętności. Zofia była bardzo w Karolu zakochana i choć co jakiś czas się rozstawali, to szalała z wściekłości na myśl o tym, że mógłby związać się z inną kobietą.

Bardzo przyjemnie słucha się tego wykładu

Małżeństwo artystów

Oboje byli porywczy i nieskorzy do kompromisów. Do tego Karol dużo pił i zdradzał żonę. Gdyby dołożyć do tego jeszcze to, że brakowało im pieniędzy i w niektórych okresach małżeńskiego życia byli nieustannie u kogoś zapożyczeni, nie dziwi, że Zofii coraz częściej puszczały nerwy. Potrafiła też zamknąć się na kilka dni i oddawać wyłącznie pracy. Nie jadła, nie myła się, nie otwierała nikomu drzwi.

Doszło do tego, że mąż umieścił Zofię w szpitalu psychiatrycznym. Zofia nigdy nie była jednak chora psychicznie: była po prostu egzaltowana i reagowała nadmiernie emocjonalnie. Po ledwie dwóch dniach  wyszła ze szpitala. Była zła na męża, ale  nie przesądziło to o rozstaniu temperamentnych małżonków. W sumie spędzili ze sobą 11 lat.

Choć Stryjeńska odnosiła ogromne sukcesy i miała bardzo wiele zamówień, przez całe życie klepała mniejszą lub większa biedę. Mówi się, że niektórych ludzi pieniądze się nie trzymają. Należała do nich Zofia, która nie potrafiła zarządzać budżetem, wobec czego praktycznie zawsze była zależna od pomocy innych osób.

Angelika Kuźniak barwnie opisuje tu życie Stryjeńskich w Krakowie i Zakopanem oraz karierę, jaką Zofia robiła w Warszawie. Miała w stolicy coraz więcej zamówień, więc w pewnym momencie przeniosła się do tego miasta. Sama, bo troje dzieci (córka Magda i bliźniaki Jan i Jacek) zostały przy rodzinie Stryjeńskich. Takie to były czasy, że separacja rodziców nie oznaczała, że miejsce dzieci jest automatycznie przy matce. Nie tylko o regulacje jednak chodziło. Zofia w różnych okresach swojego życia była po prostu biedna. Tu zarobiła, tam wydała. Tu jeszcze nie zdążyła odebrać honorarium a już gdzie indziej obiecała komuś oddać pieniądze. Przez lata próbowała więc stworzyć warunki, w których mogłaby ściągnąć dzieci na stałe do siebie.

Kuźniak bardzo plastycznie opisuje styl Stryjeńskiej, tak że nawet czytelnik, który nie widział nigdy jej prac, może je sobie wyobrazić. Inna sprawa, że w książce jest kilka reprodukcji, co bardzo ułatwia przyswajanie biografii artystki. Jednym słowem: do niczego przyczepić się nie można.

Do czasu.

Zmęczenie tematem

Mam wrażenie, że gdy Kuźniak doszła do opisywania wojennych losów swojej bohaterki, zdążyła się nią już znudzić  i chciała jak najszybciej skończyć pisanie. Na nieszczęście dla czytelnika i samej autorki, Stryjeńska zmarła w  1976 r., więc nie dało się szybko postawić ostatniej kropki.

Opowieść od czasów wojennych staje się bardzo rwana. O ile wcześniej autorka odmalowywała różne niuanse życia Stryjeńskiej oraz czasy, w których żyła, tak później koncentrowała się na szybkim wyliczaniu decyzji Stryjeńskiej (bardzo często nietrafionych) i nieustannym cytowaniu jej pamiętnika. Kompletnie nie osadza ich już w żadnym kontekście historycznym. A to dla każdej biografii wielki cios.

 

Wikimedia

Przykładowo, pisze o tym, że Zofia miała za złe swojej córce, że w czasie wojny, którą przeżyły razem w Krakowie, ta podjęła prace jako kelnerka. Córka wielkiej artystki kelnerką? Ależ wstyd! A ja zachodziłam w głowę, czy w warunkach wojennego Krakowa ludzie mieli komfort podejmowania decyzji, czy chcą pracować czy też nie, a więc czy sprzeciw Zofii był fanaberią czy też może jednak mogła oczekiwać od córki, by ta poszukała innej pracy. Jednym słowem: chciałam, by autorka choć dwoma zdaniami wyjaśniła mi, jak wyglądał rynek pracy w czasie wojny i czy Magda miała możliwość znalezienia sobie innej posady. Z puntu widzenia czytelnika z Warszawy – w którym to mieście praca dawała jakieś tam zabezpieczenie przed wywiezieniem do obozu – wydało mi się niesamowite, że matka potępia pracujące dziecko.

Im dalej, tym więcej miałam pytań o, nazwijmy to, umocowanie działań Stryjeńskiej. W którymś momencie książka była już tylko wyliczeniem, komu Stryjeńska była winna pieniądze, dokąd pojechała coś negocjować albo sprzedawać obrazy i kogo musiała kantować, by dociągnąć do kolejnego zastrzyku finansowego. Jeździła więc między Paryżem, Brukselą a różnymi miastami w Szwajcarii – to tam właśnie spędziła lata powojenne. Z tych męczących opisów wynikało, że w trudnych, powojennych czasach Stryjeńska podróżowała więcej niż niejeden turysta w XXI wieku. Nie mówię, że to niemożliwe, ale nieustannie miałam z tyłu głowy pytanie, czy takie swobodne podróże były w tamtym czasie czymś normalnym? Czy inni artyści pokroju Stryjeńskiej (czyli niezbyt bogaci i z niewyrobionym na Zachodzie nazwiskiem) również tyle jeździli?

Niestety, wspomniany brak jakiegokolwiek umiejscowienia w kontekście historycznym zupełnie uniemożliwiał stworzenie obrazu tamtych czasów. Szkoda, bo w piękną rzeczą w biografiach jest nie tylko opis życia bohatera, lecz również czasów, w których żył. Nie szukajcie tego w tej książce.

Nie lubię pisać krytycznie o książkach, bo mam poczucie, że nikt nie powinien mówić autorowi, jak powinien był napisać książkę. Z jakiegoś powodu uznał, że ten, a nie inny sposób jest najlepszy i czytelnicy powinni to przyjąć do wiadomości. No więc przyjmuję, ale powtórzę to, co powiedziałam wcześniej: odnoszę wrażenie, że Angelika Kuźniak bardzo się zmęczyła pisaniem i zamiast stworzyć wciągający obraz życia swojej bohaterki, zrobiła kalendarium jej życia. Szkoda, bo Stryjeńska – jakkolwiek ekscentryczna i irytująca – zasługuje na ro, by ktoś napisał pełnokrwistą biografię. A przynajmniej w części po 1939 r.

 

Książka „Zofia Stryjeńska. Diabli nadali” ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne. Tu możecie przeczytać fragment książki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *