Mojeekino.pl to taki „Netflix” z ambitnym kinem. Podpowiadam, jak obejrzeć najlepsze festiwale filmowe na własnej kanapie

Categories Filmy

Dzięki platformie mojeekino.pl oglądanie filmów stało się dla mnie jeszcze przyjemniejsze. Premiery w domu, żadnych dojazdów, oglądam kiedy chcę. Wejściówka do świata ambitnego kina to jedyne 15 zł. Mam nadzieję, że gdy już kina zaczną normalnie działać, z platformy nadal będzie można korzystać. ktoś powie, że nic nie zastąpi seansu w prawdziwym kinie. No cóż, być może. Mając jednak do wyboru: „oglądać film” czy „pójść do kina”, ja wybieram to pierwsze. I mówię zupełnie szczerze: wole mojeekino.pl od Netflixa. Wprawdzie tu za każdy film trzeba  płacić oddzielnie, ale nie należę do ludzi, którzy oglądają cokolwiek, byle telewizor był włączony. Wolę obejrzeć jeden, ale dobry film. A jeśli przy okazji wspieram kina studyjne, to już w ogóle super. jak to działa?

 

Lubię oglądać filmy. Niekoniecznie w kinie. Choć do kina chodzę często (i koronawirus tego nie zmienił: między czerwcem a listopadem byłam chyba z dziesięć razy), to nie celebruję tego. Podchodzę do sprawy zadaniowo: po prostu chcę obejrzeć film. Gdy jeszcze mieszkałam w centrum warszawy, z reguły chodziłam sama. W odległości spacerowej miała kilka kin, więc nie widziałam powodu, by się z kimkolwiek umawiać („o tak, chętnie obejrzę, ale nie w poniedziałek. Chodźmy w czwartek. Wiesz co, jednak nie w czwartek. Ale w sobotę na pewno! O trzynastej. O, nie możesz?” – znacie te próby znalezienia w kalendarzu okienka, w którym i Ty, i Twoja koleżanka możecie skoczyć na film? Więcej pary, niż to warte!).

Od 7 listopada kina są zamknięte i gdy premier ogłaszał zamknięcie instytucji kultury, spodziewałam się, że bardziej mnie to zaboli. Okazuje się, że jednak wcale nie, bo krótko tamtej konferencji dowiedziałam się o istnieniu serwisu mojeekino.pl. To platforma filmowa, na której znajdziecie tytuły, które „w normalnych warunkach” wyświetlane byłyby w kinach studyjnych. Do wyboru macie nie tylko kilkadziesiąt filmów – i premiery co tydzień.

Festiwale na kanapie

Dodatkowo mojeekino.pl jest platformą dla festiwali online. I to jest moim zdaniem strzał w dziesiątkę! Czy kojarzycie festiwal kina azjatyckiego „Pięć smaków”, Dni Kina Niemieckiego bądź przegląd filmów rosyjskich „Sputnik nad Polską”? Jeśli nie mieszkacie w Warszawie, to prawdopodobnie nie. To świetne inicjatywy filmowe, dzięki którym można u nas obejrzeć filmy, które nigdy nie wejdą do repertuaru kinowego. Gratka dla miłośników kina, cóż jednak, skoro filmy te wyświetlane są na pojedynczych pokazach właśnie na festiwalu?  W naturalny sposób ogranicza to liczbę widzów. Dzięki mojeekino.pl możecie brać udział w festiwalach bez wychodzenia z domu.

 

A jak to zrobić? Wchodzicie do serwisu i wchodzicie do zakładki „Filmy”, jeśli interesują Was obrazy ze stałego repertuaru bądź klikacie na nazwę festiwalu, który akurat się odbywa. W chwili obecnej możecie obejrzeć filmy dokumentalne prezentowane w ramach „Watch docs” oraz festiwalu filmów rosyjskich.

Nowości ze stałego repertuaru są prezentowane na głównej stronie, pod sliderem.

Standardowa cena filmu to 15 zł. Wchodzicie na wybrany film i wybieracie opcję „Kup dostęp”. W następnym kroku wybieracie kino studyjne, które otrzyma wsparcie dzięki temu, że wybraliście się na seans. Nie wspomniała, ale platforma służy nie tylko dystrybutorom, lecz również kinom studyjnym, które od półtora miesiąca nie mogą obsługiwać widzów.

Przed dokonaniem płatności musicie założyć konto. Gdy już opłacicie film, „wpada” on na Wasze konto i możecie go obejrzeć w ciągu 48 godzin od chwili zakupu (choć być może są od tego wyjątki). Filmy obcojęzyczne dostępne są z napisami, nie spotkałam się z możliwością wyboru lektora.

Jestem umiarkowana fanką Netflixa, bo choć wybór produkcji jest tam ogromny, to jednak mało która propozycja potrafi mnie zainteresować. Te lepsze kiedyś już widziałam w kinie, a włączanie czegokolwiek z nudów zupełnie nie jest w mojej naturze. Jeśli nie mam co robić, a chcę w miarę miło spędzić czas w domu, to już raczej poczytam książkę.

Serwisem mojeekino.pl jestem z kolei zachwycona, bo daje mi to, czego nie było w stanie zaoferować mi nawet moje ulubione kino studyjne: szeroki wybór na wyciągnięcie ręki. Żadnego dojeżdżania do kina, żadnych reklam, bilet za 15 zł… Od pewnego czasu tak właśnie wyglądają moje soboty. Robię sobie coś dobrego do jedzenia i wypożyczam film.

 

Co ostatnio oglądałam?

Moje ostatnie wybory można podsumować tak: „kino świata”.

 

Opowieść o trzech siostrach

Wciągający, plastyczny obraz, ale nie dla widzów, którzy lubią w miarę szybki rozwój akcji.

Akcja rozgrywa się w wiosce w Anatolii w Turcji. Czy współcześnie? Nie wiem, bo wydarzenia tam przedstawione mogły się rozgrywać obecnie, ale równie dobrze 20 lat temu. Rzecz w tym, że żadna nowoczesność do wioski w górach, daleko od świata, nie dotarła. Ludzie żyją biednie. Aby zapewnić dzieciom lepsze życie, rodzice wysyłają je do miasta, by pracowały jako pomoce domowe czy nianie. O ironio, choć do pracy wysłane są również dziesięcio- czy jedenastolatki, nie określa się tego mianem niewolniczej pracy dzieci, lecz „adopcją”.  

 

Z uwagi na nieprzewidziane okoliczności, tytułowe trzy siostry – Reyhan, Haava i Nurhan – wracają do domu, do żyjącego samotnie, szorstkiego ojca. Dziewczyny spotykają się pierwszy raz od kilu lat. Mają okazję dowiedzieć się, czy życie, do którego je przymuszono, faktycznie jest „najlepszym ze światów” i na spokojnie mogą się zastanowić, czy są w nim szczęśliwe.

Niezależnie jednak od wniosków, do jakich dojdą, niewiele mogą uczynić, gdyż nie mają sprawczości, by decydować o sobie. Znajdą się w tym miejscu, do którego skieruje je ojciec, który wprawdzie najlepszymi intencjami i chce, by córki były szczęśliwsze od ich świętej pamięci matki, która podobno przeklinała los za to, że została w wiosce – ale jednak nie okazuje im ciepła i zrozumienia, na które liczą nastolatki.

Ale może owo „ciepło i zrozumienie” to luksus, na który mogą sobie pozwolić rodzice, których podstawowym zmartwieniem nie jest to, czy zima będzie za co ogrzać dom?

Film obejrzycie tu

 

 

 

Młody Ahmed

Akcja filmu rozgrywa się we współczesnej Belgii. Tytułowym bohaterem opowieści jest dorastający w Europie i pochodzący z mieszanej rodziny błyskotliwy 13-latek, który właśnie wchodzi w burzliwy okres dojrzewania. Podczas gdy jego rówieśnicy spędzają czas na beztroskich zabawach, Ahmed wolne chwile przeznacza na studiowanie Koranu, gorliwe modły i rozmowy z lokalnym imamem. Mężczyzna umiejętnie podsyca niepokojąco rosnącą w chłopcu fascynację dżihadem. Po próbie zamachu na „niewierną” nauczycielkę, chłopak trafia do ośrodka resocjalizacyjnego. Tam, pod opieką specjalistów, ma wrócić na właściwe tory. Czy to jednak wystarczy, by skruszyć zbudowany przez chłopca mur oparty na fundamentalizmie, nietolerancji i agresji?   (opis dystrybutora).

 

Ten film próbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego jedni młodzi muzułmanie się radykalizują, a innym bardzo pasuje europejski styl życia i  wcale nie potrzebują „bronić” swoich wartości pięścią czy maczetą. Ahmed nie urodził się w radykalnej rodzinie, wprost przeciwnie. Jego matce bardzo przeszkadzała jego postępująca radykalizacja, jednak nie była w stanie przekonać go, że wcale nie musi atakować ludzi, którzy myślą odmiennie niż on. Rodzice nastolatków wiedzą jednak, że bardzo trudno być autorytetem dla zbuntowanego dziecka, a takim niewątpliwie był Ahmed. Wobec tego chłopiec musiał zapłacić za błędy, które popełnił.

 

Film obejrzycie tu

 

A potem tańczyliśmy

To gruziński film, który polecam miłośnikom baletu gruzińskiego. Jeśli nie wiecie, czym jest balet gruziński, poszukajcie nagrań w internecie. Ręczę Wam, że to show, jakiego w życiu unie widzieliście, a samo określenie „balet” może być mylące. Balet gruziński nie ma nic wspólnego z baletem europejskim.

Zakochany w tańcu Merab  od najmłodszych lat trenuje w Gruzińskim Balecie Narodowym. Jego jedynym marzeniem jest dostanie się do głównego składu, dzięki czemu będzie mógł wyruszyć w tournée i opuścić konserwatywną Gruzję. Kiedy jeden z głównych tancerzy zostaje zwolniony i rozpoczyna się rekrutacja na jego miejsce, ten cel wydaje się być na wyciągnięcie ręki.

 

W tym czasie do zespołu dołącza nowy tancerz, charyzmatyczny i utalentowany Irakli, który może stanąć Merabowi na drodze. Wspólne treningi sprawiają, że Irakli staje się nie tylko jego najgroźniejszym rywalem, ale też obiektem pożądania, które może na zawsze przekreślić jego karierę. (pis dystrybutora)

Mamy tu więc sztukę, rywalizację  i miłość – mieszankę, która doprowadzić może do tragedii.

Jakkolwiek paradoksalnie to zabrzmi, film podobał mi się, choć znudził nie główny wątek. Jednym słowem: podobało mi się wszystko, tylko nie główna oś wydarzeń. Motyw miłości gejowskiej jest obecny w europejskiej i amerykańskiej kulturze filmowej już na tyle długo, że przestał wzbudzać emocje, w związku z czym nie miałam wrażenia, że oto widzę coś obrazoburczego lub zupełnie dla mnie nowego, coś zmuszającego do przemyśleń.

Tyle że film powstał dla odbiorców przede wszystkim w Gruzji, którzy do wątków miłośni homoseksualnej nie przywykli. Głos oddam Stasi Budzisz, która tak w „Krytyce Politycznej” opisała atmosferę skandalu, który towarzyszył premierze „A potem tańczyliśmy”.

„Strach towarzyszył także gruzińskiej premierze filmu Lewana Akina. Do tego stopnia, że po dwóch dniach reżyser zdecydował się ściągnąć go z afisza. W dniu premiery w Tbilisi i Batumi przed kinami ustawiły się uzbrojone w krzyże, ikony i pięści grupy ultrakonserwatystów i skrajnej prawicy. Widzom wchodzącym do kina utworzyli tzw. korytarz wstydu. Jeden z konserwatywnych biznesmenów, Lewan Wasadze, powiedział, że to „moralne zagrożenie dla naszej tkanki społecznej” i przynosi wstyd gruzińskiemu narodowi na cały świat i Kaukaz. Nie obyło się bez ochraniającej widzów policji.

Nino Suchiszwili, szefowa słynnego na cały świat baletu Suchiszwili, zdecydowanie odcięła się od artystów i blokowała niektórym z nich wzięcie udziału w zdjęciach. Twierdziła, że film jest zakłamany, ponieważ wśród gruzińskich tancerzy homoseksualizm nie występuje. Niektórzy artyści wystąpili więc w A potem tańczyliśmy anonimowo i na własne życzenie zostali pominięci w napisach końcowych. Reżyser wspominał w wywiadach, że podczas kręcenia scen musiał uciekać się do kłamstwa na temat fabuły, by móc pracować. Borykał się także z problemem rezygnujących w trakcie zdjęć artystów.”

Więcej o filmie przeczytacie pod tym linkiem

Film natomiast obejrzycie tu

 

 

 

 

 

 

 

  

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *