Osiedle „Przyjaźń”. Urok syberyjskiego miasteczka w granicach Warszawy

Categories Podróże, Polska

 

Jestem pewna, że każde miasto ma swoje nieoczywiste miejsca – osiedla, place, skwery czy ulice, które nijak nie pasują do otoczenia, bo za ich powstaniem stoi jakaś nietypowa dla reszty miasta historia. Na mojej liście stołecznych „nieoczywistości” są Mariensztat, czyli niewielkie osiedle na tyłach Traktu Królewskiego (rzut kamieniem od zatłoczonej Alei Solidarności, Starego Miasta i Zamku Królewskiego. Niby w turystycznym sercu, a wystarczy kilka kroków, byśmy się znaleźli w XIX-wiecznym niewielkim niemieckim miasteczku), plac Konfederacji na Bielanach, Plac Nowego Miasta – na nich również poczujemy się jak w jakimś niewielkim, nieco sennym miasteczku.

No i osiedle „Przyjaźń” na Bemowie (a bardziej precyzyjnie: na Jelonkach). Tym razem pojawi się skojarzenie nie z powiatowym miasteczkiem, lecz prawdziwą wsią, ale żeby dołożyć nieco egzotyki: to będzie syberyjska wieś!

Nie wierzycie? Popatrzcie na te zdjęcia. W Polsce tak nie budowano – choć zrobię w tym miejscu gwiazdkę. Otóż z tego rodzaju architekturą spotkacie się jeszcze na Podlasiu, ale proweniencja tych domów również będzie wskazywała na Rosję. Otóż w latach I wojny światowej mieszkańcy dawnego zaboru rosyjskiego z dzisiejszego Podlasie spychani byli przez nadchodzącą z zachodu armię pruską i uciekali w głąb Cesarstwa Rosyjskiego. Ich powroty rozpoczęły się kilka lat po odzyskaniu rzez Polskę niepodległości. Bieżeńcy – bo tak nazywamy tych właśnie uciekinierów – za granicą przesiąkli tamtejszą estetyką i już w II RP budowali domy nawiązujące do tych, które widzieli na wschód od Moskwy.

Koniec dygresji, wracamy na Bemowo.

 

 

Niech nam budują pałac Kultury

Gdy po II wojnie światowej zapadła decyzja o tym, że w Warszawie wybudowany zostanie wysokościowiec przypominający te z Moskwy i kilku innych stolic państw związkowych (tzw. siedem  sióstr Stalina), od razu niemal ustalono, że wybudują go radzieccy robotnicy nadzorowani przez radzieckich inżynierów. Dlaczego tak? Ano, uznano, że mają doświadczenie w projektowaniu tak trudnych i nowatorskich budynków. Jest w tym sporo prawdy. Pamiętajmy, że do tamtego czasu najwyższym budynkiem w Warszawie był stojący do dziś Prudential, który wybija się na wysokość 66 metrów. Dla porównania: Pałac Kultury i Nauki ma 188 m, a z iglicą – 231 m.

Do odbudowującej się Warszawy miało więc przybyć kilka tysięcy robotników. Postanowiono ulokować ich na obrzeżach miasta w specjalnie wybudowanym dla nich osiedlu. I tak,  robotnicy i robotnice każdego dnia dowożeni byli kilkanaście kilometrów do pracy, a później wracali „do siebie” i czas wolny spędzali w swoim towarzystwie. Nie bez przyczyny umieszczono ich tak daleko od miejsca pracy – „czynniki partyjne” nie chciały dopuścić do tego, by robotnicy nadto zbratali się z Polakami, więc po prostu ich odseparowano. Bo przyjaźń polsko-radziecka to sprawa nie podlegająca dyskusji, ale w praktyce jednak lepiej tej przyjaźni nie zacieśniać…

Tak więc w 1952 roku wzniesiono osiedle „Przyjaźni Polsko-Radzieckiej”, zwane w skrócie osiedlem „Przyjaźń”. Otaczał je drut kolczasty, a bramy strzegli wartownicy. Powody dokładnie te same, które uzasadniły odseparowanie robotników od warszawiaków: żeby nikomu nie przyszło do głowy zbyt blisko się bratać.

Powstały tam domy dwóch rodzajów: baraki dla robotników i domki jednorodzinne dla kadry.

 

Samowystarczalne osiedle

Baraki zostały zbudowane z materiałów z rozbiórki obozu jenieckiego Stalag I-B „Hohenstein” koło Olsztynka. Kierownictwo osiedla zdecydowało się wybudować je w stylu syberyjskim, by robotnicy czuli się w nich jak w domu, by nie dusiła ich tęsknota. W każdym budynku znajdowało się po kilkanaście pokoi. To nie hotel, więc lokatorzy dzielili powierzchnię z kilkoma kolegami lub koleżankami. Koedukacji jednak nie było, były domki dla kobiet i dla mężczyzn.

Z kolei domki dla inżynierów zostały zakupione od Finów i dlatego nazwano je domkami fińskimi. Bardziej znane osiedle domków fińskich znajduje się w Jazdowie, ale z kolei na Bemowie zachowało się ich zdecydowanie więcej. Pierwszą dostawę domków z Finlandii zrealizowano już rok po zakończeniu wojny i trafiły nie tylko do warszawy, lecz również m.in. na Śląsk. Nie był to żaden prezent, bo Polska zapłaciła Finom dostawami węgla.

W szczytowym okresie budowy Pałacu Kultury i Nauki na osiedlu mieszkało 4,5 tys. osób. Jak wspomniałam, osiedle było na tyle odsunięte od innych osiedli, że robotnicy po pracy skazani byli na swoje towarzystwo, bo nie mogli opuścić terenu (w końcu płot też do czegoś służył). Aby robotnicy nie marnowali czasu na piciu wódki i zdradzaniu żon, które czekały na nich w Związku Radzieckim, kierownictwo zapewniło im cały wachlarz rozrywek: dom kultury, który organizował różne sekcje artystyczne, m.in. taniec, zajęcia sportowe, bibliotekę.

Do tego na terenie osiedla przyjmował lekarz, działała stołówka, poczta i łaźnia. Budynek domu kultury istnieje do dzisiaj i w dalszym ciągu odbywają się w nim zajęcia.  Klub Karuzela to zresztą jeden z największych drewnianych obiektów na Mazowszu.

 

A na koniec przyszli studenci

Uroczyste otwarcie PKiN nastąpiło 22 lipca 1955 r. Robotnicy wrócili wtedy do domów, ale osiedle pozostawiono i darowano warszawskim uczelniom. W domkach zamieszkali studenci oraz kadra akademicka. Lista sławnych mieszkańców miasteczka jest bardzo długa, to m.in. prof. Jerzy Bralczyk, Piotr Nurowski (były szef PKOl, który zginął w katastrofi lotniczej pod Smoleńskiem), prof. Leszek Balcerowicz oraz aktor Krzysztof Tyniec. W rozmowie z TVN24 tak wspominał swoje „bemowskie przygody”, które przypadły na przełom lat osiemdziesiątych i siedemdziesiątych:  „Przed wejściem do wspólnej kuchni trzeba było najpierw wymieść dywan z karaluchów, dopiero potem samemu można było wejść. Nie tępiliśmy ich, bo to było niewykonalne. Ale ja tamten okres wspominam bardzo ciepło. Przyjaźnie, które się wtedy zawiązały, trwają do dziś. To właśnie drugi wymiar mieszkania na Jelonkach„.

Dom, w którym mieszkał, już nie istnieje. Tyniec z nostalgią wspomina sąsiedztwo: „Było też pięknie. Domki na osiedlu przypominały nieco wiejskie dworki. Można było wiosną usiąść na ganku, dookoła zielono. Znajomi grali na gitarach. Czuć było atmosferę swobody. Śpiewaliśmy Kaczmarskiego„.

 

Zabytek, który nie jest zabytkiem

Z czasem kolejne domki znikały. Wiele jest w fatalnym stanie i wymagają poważnych remontów. Budowane były przecież z myślą o tym, by służyć przez zaledwie kilka lat, a minęło ponad siedem dekad.

Dziesięć lat temu zadzwoniłam do administracji domów studenckich by spytać, czy w kolejnym roku akademickim mogłabym wynająć pokój. Pan, który odebrał telefon, spytał tylko, czy jestem pewna. „Bo tam jest bardzo zimno” – powiedział.

Po tej rozmowie poszukałam informacji na temat warunków mieszkania na osiedlu „Przyjaźń” i wiedziałam już, że to nie jest dobry adres. Nie trzeba zresztą rozmawiać z mieszkańcami, by wiedzieć, że domki robotnicze są w bardzo złym stanie. Wystarczy jeden rzut oka, by nie mieć wątpliwości, że generalny remont potrzebny jest od zaraz.

Ale czy domki się go doczekają? Wątpliwe. Trudno w to uwierzyć, ale one nawet nie są w rejestrze zabytków, więc mogą zniknąć z dnia na dzień, jeśli tylko właściciele sprzedadzą teren. A osiedle kilka lat temu zostało już postawione w stan upadłości, więc naprawdę nie można wykluczyć żadnych scenariuszy. Tym bardziej, że deweloperzy łapczywym okiem patrzą na ten „marnujący się” teren.

W 1952 r. Jelonki to był koniec Warszawy, a teraz mieszkańcy pobliskich wieżowców mogą zaglądać mieszkańcom osiedla „Przyjaźń” do ogródków. Czasy się zmieniają, miasta również i rozległe tereny zielone coraz częściej przegrywają nierówną walkę z deweloperami, którzy mają pieniądze i do tego zero skrupułów. Oby tak se nie stało w tym przypadku.

W znacznie lepszej sytuacji są domki fińskie, które zostały wykupione i dziś mieszkają w nich przede wszystkim osoby prywatne. Prezentują się o niebo lepiej niż domy robotnicze: zadbane, odnowione. Naprawdę cieszą oko. Przechodząc, nie nieustanie zastanawiałam się, jak wyglądają w środku: sprawiały tak miłe wrażenie, że człowiek naprawdę ma nadzieję, że niespodziewanie zostanie zaproszony do środka na kawę i pogawędzi z właścicielami. Cóż więc powiedzieć: widać, które domki mają prawdziwego właściciela, a które są trzymane przy życiu.

 

Osiedle „Przyjaźń”: jak dojechać?

Ja skorzystałam z komunikacji miejskiej i wysiadłam na przystanku Ratusz Bemowo, ale można też wysiąść na przystanku Czumy.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *