O Gruzji bez lukru. „Kiedy ktoś tu mieszka dłużej, nie może tej bylejakości nie dostrzegać”

Categories Książki, Ludzie/ Świat

Opowiadanie o Gruzji w samych pozytywach zaczęło mnie denerwować. Odnoszę wrażenie, że my w Polsce traktujemy Gruzję trochę jak Jana Pawła II, więc nie można powiedzieć o niej złego słowa – mówi Stasia Budzisz, autorka książki „Pokazucha. Na gruzińskich zasadach”.

Polacy odkryli Gruzję kilka lat temu i należą do narodów najczęściej wybierających ją jako kierunek podróży. Zachwyca ich przyrodą i doskonałą kuchnią. Zapytam przewrotnie: co ciebie w Gruzji denerwuje?

Bylejakość widoczna wszędzie. I zgodzi się z tym pewnie każdy, kto tu dłużej przebywał. Nie wydaje mi się jednak, by tę cechę Gruzini mieli zakodowaną. Do pewnego stopnia to pokłosie Związku Sowieckiego, w którym nikt nie był za nic odpowiedzialny i niewiele wymagało się od siebie i od innych.

W czym się ta bylejakość przejawia?

Weźmy dostrojki, czyli wszelkie dobudówki do mieszkań, balkonów, klatek schodowych. Sklecane z czego się dało, zwłaszcza w tzw. chruszczowkach, czyli blokach budowanych za Chruszczowa. Szaleńczo dokładano do nich kolejne metry kwadratowe, nadbudowując balkony albo doklejając całe pokoje bez pozwoleń. To sprawia, że całe osiedla wyglądają jak plątanina kabli, azbestu i czego się da.

No i jakość klatek schodowych, które przerażają mnie od zawsze: odrapane ściany, brak światła, pety, które przywierają do butów. To zaczyna się zmieniać w nowym budownictwie, ale w starym jak sobie nie posprzątasz – masz jak masz.

Bylejakość widzimy w turystyce, która stanowi jedną z głównych gałęzi gospodarczych Gruzji. Wielu Gruzinów nie remontuje pokoi dla turystów. Jakość noclegu nie jest adekwatna do ceny. Najwyraźniej Gruzini uznają, że goście i tak przyjadą, więc po co się starać? To nie dotyczy oczywiście wszystkich kwater, ale z bylejakością można spotkać się nie tak rzadko.

A teraz coś milszego.

To naród artystów. Chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że w każdej rodzinie znajdzie się jakiś śpiewak, malarz czy rzeźbiarz. Nie znam innej tak utalentowanej nacji. Mają też doskonałe poczucie humoru. I coś, co w nich wprost uwielbiam: nie narzekają, choćby im było bardzo źle. Mają cudowną umiejętność doszukiwania się pozytywów w każdej sytuacji.

Wszystkim się też dzielą. Oni naprawdę nikogo nie zostawią w potrzebie, nawet gdy sami niewiele mają. Przy czym to ich pomaganie nie jest zupełnie bezinteresowne: zakładają, że ten gest zostanie im zapamiętany i choćby za pół wieku będą mogli liczyć na rewanż.

Jak to się stało, że w ogóle znalazłaś się w Gruzji?

Dekadę temu przyjechałam tu jako turystka i coś w tym Kaukazie jest, że nie mogę się od niego odkleić. Potem rozpoczęłam pracę naukową, zajmowałam się zagadnieniem budowania nowej pamięci historycznej po upadku Związku Sowieckiego, przez chwilę prowadziłam nawet hostel w Zugdidi. Potem pojawiły się projekty współpracy międzynarodowej i w końcu praca nad książką.

 

Twoja książka o Gruzji różni się od wszystkich, które na temat tego kraju czytałam. Reportaży o Gruzji wydano w Polsce w ostatnich latach kilka. Autorzy opowiadali o gościnnym narodzie, który wygłasza piękne toasty i zaprasza turystów na biesiady. Ty piszesz o przemocy, której ofiarą są Gruzinki, i o tym, że Gruzini wiele rzeczy robią na pokaz.

Uważam, że książki takie jak „Gaumardżos” Marcina Mellera i Anny Dziewit-Meller czy „Klątwa gruzińskiego tortu” Macieja Jastrzębskiego, głównie w pozytywnym świetle stawiające Gruzję, są potrzebne. Nie tylko żeby zachęcić Polaków do odwiedzenia tego kraju, ale przede wszystkim, by trochę im o tym kraju opowiedzieć. Kiedy czytałam pierwsze wydanie „Gaumardżos”, pobyt w Gruzji miałam już za sobą i czułam się tak, jakbym opisywane przygody i spotkania przeżywała razem z autorami.

Gdy zaczęłam do Gruzji przyjeżdżać, dostrzegałam same pozytywne rzeczy. Przez kilka lat patrzyłam na ten kraj przez różowe okulary. A potem taka narracja, czyli opowiadanie o nim w samych pozytywach, zaczęła mnie denerwować. Odnoszę też wrażenie, że my w Polsce traktujemy Gruzję trochę jak Jana Pawła II, więc nie można powiedzieć o niej złego słowa. Czytaj dalej

Stasia Budzisz. Tłumaczka języka rosyjskiego, filmoznawczyni oraz absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Brała udział w projekcie badawczo-reporterskim Światła Małego Miasta i jest współzałożycielką grupy reporterskiej Głośniej. Od blisko dekady związana z Kaukazem, pracuje nad pracą doktorską dotyczącą budowania nowej pamięci historycznej w Gruzji po upadku Związku Sowieckiego.

Na koniec kilka zdjęć, które zrobiłam w czasie pobytów w Gruzji w 2015 i 2016 r. Najpiękniejsza w Gruzji jest przyroda, tej akurat nie uchwyciłam na żadnym z poniższych zdjęć. Któregoś dnia napiszę o Gruzji więcej i to będą zdecydowanie bardziej pozytywne rzeczy niż te, o których pisze Stasia. Nic dziwnego: ja byłam turystka, a turyści są Gruzją zachwyceni 🙂

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *