Szwajcaria. Gdzie tradycja miesza się z nowoczesnością i wielkimi pieniędzmi

Categories Książki

 

Jakieś dwa lata temu Wydawnictwo Poznańskie zainicjowało serię, która bardzo przypadła mi do gustu. Otóż Wydawnictwo zaproponowało osobom (z reguły dziennikarzom lub blogerom, ale to chyba nie jest zasada), którzy na stałe mieszkają za granicą lub bardzo dobrze znają jakiś kraj, by opisały go tak, jak go widzą. Poniekąd, siłą rzeczy, subiektywnie, ale też z dodatkiem bardzo wielu ciekawostek, najważniejszych informacji o historii czy kulturze.

W rezultacie co kilka miesięcy na mojej półce ląduje książka, która prezentuje jakiś kraj europejski lub okołoeuropejski (bo akurat najcenniejsza, w moim przekonaniu, książka z tej serii dotyczy Gruzji. „Pokazucha” mocno wyróżnia się na tle całej serii, bo Stasia Budzisz opisała nie tyle kraj, co skupiła się na kwestiach przestrzegania praw kobiet, mniejszości seksualnych i roli kobiety w tym bardzo tradycyjnym i do cna patriarchalnym kraju.  Myślę, że w zalewie słodkich historii o tym, jak miłymi ludźmi są Gruzini i jak potrafią ugościć zagranicznych turystów – to była bardzo potrzebna książka, bo zdzierała grubą warstwę lukru).

Miałam przyjemność rozmawiać ze Stasią w 2019 r. Rozmowę możecie przeczytać tu.

Czytaj więcej: Codzienność w Omanie, fińska sauna i Grecja nie tylko w wakacje. Moje ulubione książki Wydawnictwa Poznańskiego

 

Niby blisko, a dostępna dla mało kogo

10 lutego na półkach w księgarniach pojawiła się najnowsza książka „Poznańskiego”.  Autorka, Agnieszka Kamińska, przenosi nas do Szwajcarii, w której mieszka od siedmiu lat.

Warszawę od Zurichu dzieli ponad 1300 km. Sporo, ale przy dwóch kierowcach do zrobienia autem w jeden dzień. To jednak nie odległość sprawia, że mało który Polak kiedykolwiek był w Szwajcarii (nie licząc tranzytu). No, może na narty jeździ coraz więcej rodaków, ale żeby latem na urlop? Opowieści z wczasów ze Szwajcarii są mi obce.

Powodem jest zapewne to, że Szwajcaria, choć piękna, jest bardzo droga i gdy przychodzi do ustalenia kierunku, statystyczny turysta z Polski, któremu marzą się Alpy, wybierze jednak sporo tańszą Austrię.

I tu jest właśni miejsce dla książek, które skupiają się na świecie, do którego w sposób namacalny mamy ograniczony dostęp. Bardzo byłam ciekawa debiutu literackiego pani Agnieszki i tego, w jaki sposób przedstawi Szwajcarię. Nie zawiodłam się: po przeczytaniu książki moja fragmentaryczna do tej pory wiedza została nie tylko zespolona w jakiś konkretny kształt, ale przede wszystkim solidnie obudowana różnymi wątkami kulturowo-historycznymi. Kto ciekaw, sięgnie po inne lektury, by pogłębić wiedzę.

Szwajcaria nie jest kobietą

Najbardziej zainteresował mnie przedostatni rozdział pt. „Talia bez królowej”.  Dotyczy on roli kobiet w szwajcarskim społeczeństwie. O tym, że właśnie w Szwajcarii kobiety najpóźniej w całej Europie otrzymały prawa wyborcze (w jednym z kantonów pozwolono paniom oddawać głos dopiero w 1990 r.) – akurat wiedziałam. Zaskoczyło mnie coś innego, ale o tym za chwilę.

To przedziwny paradoks, na który zwraca uwagę Agnieszka Kamińska: otóż kraj, w którym rocznie odbywa się kilkadziesiąt referendów (europejski, jak nie światowy, rekord) w sprawach czasem bardzo błahych, przez dekady nie uznał za słuszne, by umożliwić kobietom, stanowiącym niemal połowę społeczeństwa, wyrażanie opinii na poziomie wyborów. Czy mając to na względzie, nadal będziecie myśleć, że „Szwajcaria to jedyny kraj, który nie odszedł od idei demokracji bezpośredniej” i chwalić ją za to, że politycy tak bardzo biorą pod uwagę  procesie decyzyjnym opinie obywateli? Przemyślałam to i przyznam, że czuję duży dyskomfort na myśl o tym, że miałabym wychwalać szwajcarskie rozumienie demokracji.

Czytaj też: Finlandia o smaku lukrecji. Sisu, salmiakki i domek nad jeziorem

Ale nie tylko o datę przyznania praw wyborczych kobietom w poszczególnych kantonach chodzi. Agnieszka Kamińska napisała o czymś, o czym w ogóle nie miałam pojęcia, ba, nie spodziewałabym się, że taka sytuacja może mieć miejsce w najbogatszym (lub drugim najbogatszym) kraju Europy. Otóż chodzi o bardzo trudną sytuację kobiet na rynku pracy. Dopóki kobieta nie ma dzieci, może pracować, robić karierę, jest traktowana na równi z mężczyznami. Gorzej, gdy to dziecko urodzi. Istnieje bowiem oczekiwanie, że zrezygnuje z pracy w pełnym wymiarze i uwagę swoją przesteruje na dziecko. Nie jest to, bynajmniej, tylko teoretyczne oczekiwanie.

W nowoczesnej, bogatej Szwajcarii bardzo słabo przyjęła się idea przedszkola jako miejsca, do którego posyła się dziecko na kilka godzin po to, by matka, tak jak jej koleżanki z Austrii, Czech czy Polski, mogła pójść do pracy. Otóż nie. W Szwajcarii taka zinstytucjonalizowana opieka obejmuje co najwyżej kilka godzin dziennie, co w  naturalny sposób utrudnia łączenie pracy z wychowaniem dzieci. Jako że dysproporcje w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn są znaczące (choć to akurat dla nas, Polek, nie jest niczym niezwykłym), gdy pojawia się dziecko, większość rodziców nie ma problemu z podjęciem decyzji, kto zostanie z dzieckiem w domu.

Trafia na kobietę, która albo godzi się na to, że przez kilka lat będzie pracowała na jakąś ułamkową część etatu, albo niemal staje na rzęsach, by zorganizować opiekę dla dziecka na tych kilka godzin, które musi spędzić w pracy. Co zabawne, jako takie rozpowszechnienie przedszkoli Szwajcarki zawdzięczają imigrantkom, które nie mają komfortu rezygnacji z pracy na kilka lat po urodzeniu dziecka. Jako że muszą pracować i nikt ich nie pyta, jak pogodzą role matki z rolą pracownicy, to co bardziej przedsiębiorcze po prostu zaczęły zakładać przedszkola, z których najpierw korzystały dzieci innych przyjezdnych, lecz z czasem posyłać dzieci zaczęły tam również Szwajcarki.

To, że matki mają nie pracować – lub pracować w okrojonym zakresie – wynika z długiej tradycji, a tradycja, jak przekonuje Agnieszka Kamińska, to klucz do zrozumienia dzisiejszej Szwajcarii.

Wiele miejsca poświęca w swojej książce zestawieniu paradoksów wynikających ze starcia kultury z nowoczesnością i niełatwym zadaniem pożenienia jednego z drugim. Sytuacja kobiet n rynku pracy to tylko jeden, choć bardzo jaskrawy, przykład. Kolejnych nie chcę Wam zdradzać. Powiem tylko, że książkę czyta się szybko i przyjemnie. To zresztą jednak z niewielu pozycji w języku polskim na temat Szwajcarii, więc kto ciekaw, jak się żyje w niewielkim kraju, który podzielony jest na  26 kantonów, 143 okręgów i 2222 gmin (dla porównania: w wiele razy większej Polsce gmin jest trochę ponad 200 więcej), w którym mówi się w co najmniej czterech językach (i wielu dialektach!), niech sięgnie. To dobrze spożytkowany czas.

 

Agnieszka Kamińska nie tylko napisała o Szwajcarii książkę, lecz prowadzi też blog „I’m not Swiss” – a to oznacza jeszcze więcej ciekawostek o tym małym, pięknym (i drogim – przepraszam, ale nie umiem uciec od tego przymiotnika), kraju.

Matterhorn – czterotysięcznik, który wygląda dokładnie tak, jak góry rysowane przez przedszkolaków

Czytaj też: „Sobremesa”. Hiszpańskie życie dookoła stołu

1 thought on “Szwajcaria. Gdzie tradycja miesza się z nowoczesnością i wielkimi pieniędzmi

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *