David Attenborough. Zniszczyliśmy co się dało, ale wciąż jest nadzieja dla Ziemi

Categories Książki, Ludzie/ Świat

 

„Prypeć na Ukrainie nie przypomina żadnego innego miejsca, w którym byłem. To uosobienie rozpaczy. Wygląda jak przyjemne miasto, ale to złudzenie. Dziś w Prypeci nikt nie mieszka. Ściany się walą. W oknach nie ma szyb. Nadproża się łamią. Na podłogach salonów fryzjerskich leżą połamane krzesła, między nimi widać zakurzone wałki do włosów i odłamki luster.

Odwiedzałem już inne opuszczone miasta – Pompeje, Angkor Wat i Machu Picchu – ale tu wszystko wygląda tak normalnie, że trudno nie zauważyć, jak nienaturalna jest panująca tu pustka.

Swego czasu Prypeć była idealnym, niemal pokazowym miastem Związku Radzieckiego. I tak do 26 kwietnia 1986 r., kiedy doszło do wybuchu w reaktorze numer cztery w pobliskiej elektrowni jądrowej imienia Władimira Iljicza Lenina, dziś znanej jako elektrownia w Czarnobylu. Wciąż nie ustalono, ile osób zmarło w wyniku awarii reaktora, ale ogólną liczbę osób dotkniętych katastrofą, przede wszystkim wysiedlonych, szacuje się na kilkaset tysięcy. Wiele osób uważa Czarnobyl za najbardziej brzemienną w skutki katastrofę ekologiczną w historii.

Niestety, nie jest to prawdą. Najgorsza katastrofa trwa od lat i jesteśmy jej ofiarami. Jeśli jej nie powstrzymamy, jej ofiarami będą nasze dzieci i wnuki”.

Tak we wstępie do książki „Życie na naszej planecie” (Wyd. Poznańskie, 2021) pisze David Attenborough, uważany za najwybitniejszego na świecie propagatora wiedzy o przyrodzie. Zaczął prace w BBC, gdy stacja raczkowała po II wojnie światowej. Od początku wiedział, że chce opowiadać o przyrodzie. W pierwszych latach przygotowywał programy z londyńskiego ogrodu zoologicznego, ale z czasem w jego zespole pojawił się pomysł, by ruszyć z kamera w świat i pokazywać zwierzęta w ich naturalnym środowisku.

Dziś nie brzmi to jak wyzwanie, wszak każdy może nakręcić komórką materiał z parku narodowego gdzieś w Afryce czy w trakcie trekkingu w Nepalu, zmontować go na laptopie i puścić na swoim kanale na YT. Co innego jednak w latach 60. ubiegłego wieku, gdy taka podróż wymagała niesamowitej logistyki, a wszystko nagrywane było za pomocą ciężkich, nieporęcznych kamer  na taśmy.

Możemy nie zdążyć

Dość powiedzieć, że trzynaście odcinków programu „Życie na Ziemi” przygotowywane było przez trzy lata! Opłaciło się, bo program był chętnie oglądany w Wielkiej Brytanii i innych krajach. Idąc za ciosem, David Attenborough (od kilku lat ma prawo posługiwać się tytułem sir) przygotowywał kolejne dokumenty, które zabierały ludzi w miejsca, które kiedyś wydawały się im zupełnie nieodstępne. Mało kto w latach 70. zeszłego wieku mógł zakładać, że za swojego życia zobaczy na własne oczy lwy czy słonie, że będzie nurkował na Wielkiej rafie Koralowej. Świat był jednak mniej dostępny, a ludzie zwiedzali głównie to, co znajdowało się na terenie ich kraju. Masowa turystyka dopiero raczkowała.

Minęło 50 lat. Dziś możemy łatwo dotrzeć w każdy zakątek Ziemi i tylko pieniądze nas ograniczają.

Ale wcale nie możemy mieć pewności, że za naszego życia dane nam będzie zobaczyć jeszcze lwy, słonie czy Wielką Rafę Koralową. I tym razem nie o dostępność tu chodzi, lecz o  oto, że one znikają w zastraszającym tempie.

Nie Czarnobyl był największą katastrofą naturalną, lecz zagłada bioróżnorodności. Współistnienie milionów gatunków jest niezbędne do tego, by świat działał tak, jak dobrze naoliwiona maszyna. Nie da się bez szkody dla niego usunąć kilkudziesięciu tysięcy elementów i oczekiwać, że nie zachwieje to porządkiem przyrody. Tymczasem my, ludzie XX i XXI wieku, nieustannie usuwamy, czasem w sposób nie do odwrócenia, te elementy i dziwimy się, że coraz więcej pożarów, że sucho albo pada więcej, niż powinno, że przewodnik z początku lat dwutysięcznych zapewniał, że w danej zatoce są delfiny, a przecież byliśmy tam na wakacjach w 2019 r. i o żadnych delfinach nikt nie słyszał. Były, ale wyginęły.

 

„Życie na naszej planecie” w prosty i przejrzysty sposób wyłuszcza warunki, od spełnienia których uzależnione jest dalsze trwanie Ziemi w takim kształcie, jaki znamy dziś. Tyle że to już „historia zza grobu”, bo w ostatnich dekadach tak bardzo ludzkość nadszarpnęła równowagę na świecie, że niestety, ale musimy spodziewać się dalszych niekorzystnych zmian.

Cały rozdział autor poświęcił na omówienie tego, jak będzie się zmieniał świat w najbliższych dekadach („Co nas czeka”). W latach 30. XXI wieku Ocean Arktyczny po raz pierwszy całkowicie rozmarznie na lato, a otwarte wody pokryją biegun północny. Ponieważ lodu będzie coraz mniej, planeta będzie coraz mniej biała, a co za tym idzie, będzie odbijać mniej promieniowania słonecznego. Klimat zacznie się ocieplać jeszcze szybciej. Arktyka utraci zdolność do schładzania Ziemi.

W latach 40., czyli za 20 lat od dzisiaj, cała daleka północ, czyli obszar, na którym znajduje się jedna czwarta suchego lądu północnej półkuli, stanie się wielkim bagniskiem, bo stopi się lód, który spajał glebę. Setki rzek zmieni bieg, tysiące mniejszych jezior wyschnie.

W latach 50. Dojdzie do gigantycznego zakwaszenia oceanów, którego skutków nie będziemy w stanie odwrócić.

To wszystko zdarzy się jeszcze za naszego życia.

Ciągle jest nadzieja

Ale nie musi tak być. Są też scenariusze pozytywne, które mogą nas uchronić przed globalną katastrofą lub co najmniej opóźnić skutki niszczenia świata. O tym Attenborough też pisze, ale nie kryje, że przed nami ogromna praca. W przeciwnym razie, powtórzę to raz jeszcze: za życia naszego lub naszych dzieci świat czeka wielka katastrofa. Nie piszę nawet o życiu naszych wnuków i prawnuków, bo to może być wizja zbyt czarna, by chcieć o niej rozprawiać.

Autor w sposób rzeczowy pisze o zagrożeniach, przed którymi stoi nasza planeta oraz krokach, które muszą podjąć rządy państw oraz koncerny, by nie utrwalać wygodnego status quo (np. węgla) i przejść na „jasną stronę mocy”. To się może udać, ale potrzeba konsekwencji. Cóż, przez ostatnie 100 lat ludzkość zniszczyła Ziemię bardziej niż to się udało naszym przodkom przez kilka tysięcy lat, więc po prostu musimy posprzątać to, co uszkodziliśmy. Nikt nie mówił, że będzie łatwo.

 

 

 

Czytajcie więcej na stronie Wydawnictwa Poznańskiego:

Pierwsze spojrzenie ludzkości na swój dom – fragment książki „Życie na naszej planecie” D. Attenborouhg

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *