Skrzydlate dziewczyny. Zapomniane bohaterki II wojny światowej

Categories Książki

 

Józef Piłsudski nie byłby pewnie zadowolony, gdyby wiedział, że jego córka Jadwiga, przez przyjaciół zwana Jagodą lub Jago, wybrała zawód pilota. Przecież uzdolniona dziewczyna z dobrego domu, dla której pieniądze nie były przeszkodą, mogła być kim zechciała, a nie brać się za trudną, niewdzięczną i przede wszystkim – niebezpieczną – profesję. Który ojciec chciałby dla córki takiego losu?

Na temat życiowych wyborów córki wypowiadać się nie mógł, gdyż Jadwiga zaczęła szkolenie lotnicze na Wołyniu już po jego śmierci. W ciągu dwóch lat, jeszcze przed wybuchem wojny, zdobyła wszystkie kategorie na szybowce, łącznie z najwyższą. Stała się tym samym najmłodszą w Polsce posiadaczką dokumentu kategorii D. I nie odłożyła go do szuflady.

Przedwojenne media rozpisywały się o jej sukcesach, np. pokonaniu 270-kilometrowej trasy z Bezmiechowej w Bieszczadach do Łukowa na Podlasiu. To dopiero wyczyn!

Młoda, dobrze ułożona, zdolna, do tego wychowana w duchu patriotyzmu Jadwiga stała się najlepszą ambasadorką latania kobiet.

 

Bo kiedy być niezależną kobietą, jak nie w dwudziestoleciu?

Bo jeśli wydaje się Wam, że w dwudziestoleciu wojennym kobiety marzące o tym, by zasiąść za sterami latających maszyn wyśmiewano i odsyłano do bardziej „kobiecych” zainteresowań, to jesteście w błędzie. Paradoksalnie, w żadnym innym okresie historii Polski nie miały  tak korzystnych warunków do uprawiania lotnictwa jak właśnie w międzywojniu. Jak to możliwe?

„O lataniu nie marzyli wyłącznie mężczyźni. Gdy wczytamy się w historię awiacji, okazuje się, że kobiety zdobywały niebo na równi z nimi. Sterowały balonami i pierwszymi powietrznymi statkami, konstruowały własne skrzydła z drewna i projektowały spadochrony. Jednak zawsze było im nieco trudniej, zawsze oprócz grawitacji musiały pokonać ludzką niechęć. Nawet dziś często budzą zdziwienie, gdy pojawiają się w roli pilota statku powietrznego, operatora balonu czy skoczka spadochronowego” – pisze Anna Rudnicka-Litwinek, autorka książki „Dziewczyny na skrzydłach” (wyd. Horyzont Znak).

To obraz „100 lat kobiet w lotnictwie”; portrety dziewczyn, które nie chciały słuchać rad, by lepiej podjęły prace jako nauczycielki czy, skoro już je ciągnie do tego lotnictwa, to niech przynajmniej będą sekretarkami. „Dziewczyny na skrzydłach” były ponad to.

Wróćmy jednak do tego nieoczywistego faktu, że nigdy nie było kobietom łatwiej zasiąść za sterami „maszyn latających” niż w okresie między pierwsza a druga wojną światową.

Nie czarujmy się: wiele drzwi było wtedy dla kobiet zamkniętych. Kobieta-lekarz? Kobieta-prawnik? Kobieta-inżynier? Owszem, zdarzały się, ale w tak typowo męskich zawodach jednak nader rzadko. Profesje te – jak również cały szereg innych – zarezerwowane był dla panów, którzy niechętnie rezygnowali ze swej uprzywilejowanej pozycji w drodze do kariery. Maria Curie-Skłodowska naprawdę była wyjątkiem; dopiero po II wojnie światowej kobiety mogły bardziej swobodnie wybierać kierunek studiów i zawód, a i to nie we wszystkich krajach działo się to w tym samym tempie. W Polsce akurat ta zmiana obyczajowa nastąpiła szybko.

Paradoksalnie, ograniczenia w dostępie do niektórych zawodów, wywołane w dużej mierze tradycją („bo to zawsze była domena mężczyzn”), nie tyczyły się dopiero raczkujących obszarów aktywności, np. motoryzacji czy właśnie awiacji.

„Lotnictwo pozbawione było jeszcze usankcjonowanej dyskryminacji. Teksty publikowane w lotniczych czasopismach dziecięcych i młodzieżowych kierowano zarówno do uczniów, jak i uczennic. Branżowe gazety zamieszczały reklamy lotniczych kombinezonów przeznaczonych zarówno dla pilot, jak i pilotki.

Co więcej, ówczesna prasa donosiła, że „angielscy nauczyciele aeronautyki stwierdzają jednogłośnie, że kobiety uczą się sztuki kierowania samolotem szybciej i łatwiej, niż mężczyźni (…) Są też daleko bardziej zdolne do kierowania aeroplanem aniżeli samochodem” – wyjaśnia dalej Anna Rudnicka-Litwinek.

Nie powinno więc dziwić, że w każdym klubie pasjonatów lotnictwa – a po 1918 r. te wyrastały w dużych miastach odrodzonej rzeczypospolitej jak grzyby po deszczu – dziewczyny były mile widziane. I nie pełniły roli jakichś paprotek! Podchodziły do tych samym egzaminów co mężczyźni, otrzymały licencję i pewnie wygrałyby niejedne zawody, gdyby nie wybuch wojny, który pokrzyżował miliony małych planów, jakie miał każdy człowiek.

 

Przestało chodzić o medale na zawodach

Skończyło się latanie dla przyjemności, trzeba było wykorzystać umiejętności w walce z nazistowskimi Niemcami. Rudnicka-Litwinek opisuje losy kilku młodych Polek, które przedostały się za granicę i wykonywały loty na zlecenie Francuzów czy Brytyjczyków. Polska nie miała swojego lotnictwa w czasie wojny, więc pilotki, które zostały na terenie kraju, nie mogły zaoferować usług w tym charakterze. Jeśli chciały walczyć z okupantem, musiały wybrać jakąś inną formę dywersji.

Co innego w Wielkiej Brytanii, do której ostatecznie trafiły bohaterki książki, w tym Jadwiga Piłsudska, a także Anna Leska i Stefania „Barbara” Wojtulanis.

Nie mogły pilotować samolotów bojowych, bo  też nie rozpędzajmy się z tym przekonaniem, że kobietom wolno było w lotnictwie robić wszystko to, co mężczyznom. Istniały „strefy zastrzeżone” i taką było właśnie pilotowanie samolotów zrzucających bomby lub wykonujących inne zadania wojskowe (np. zrzucających spadochroniarzy). Z otwartymi rękami przyjmowani natomiast kobiety do ATA (Air Transport Auxiliary).

Najważniejszym zdaniem tej służby pomocniczej RAF było przebazowywanie samolotów. Nowy samolot, który opuszcza fabrykę, trzeba odebrać i podprowadzić go na lotnisko, z którego rozpocznie lot bojowy. Uszkodzoną maszynę trzeba natomiast podprowadzić do fabryki, w której zostanie naprawiony, a później odebrać i przeprowadzić na lotnisko. Gdyby potrzebna była jakaś część zamienna, to również zadaniem pilotów z ATA było dostarczenie jej. Można więc powiedzieć, że ATA pełniło role „powietrznej taksówki” dla samolotów i nie ma w tym nic obraźliwego ani umniejszającego jej zasługi. Wprost przeciwnie, było to bardzo odpowiedzialne zadanie.

Aleksandra Piłsudska z córkami Wandą (wyższa) i Jadwigą przed samolotem typu Fokker F.VII/3m, którym odbyła lot nad Warszawą (źródło: NAC)

Pracy było tak dużo, że kierownicy przyjmowali każdego, kto spełniał podstawowe wymogi i potrafił latać. Nie bez przyczyny rekrutowano kobiety: mężczyźni kwalifikowani byli, jak wspomniałam, do lotów bojowych. A o tym, że dramatycznie brakowało rąk do pracy niech świadczy fakt, że Jadwiga Piłsudska przez wiele miesięcy nie mogła podjąć służby, gdyż nie wylatała odpowiedniej liczby godzin – lecz z czasem przestało to stanowić problem.

„Wyczerpujące miesiące bitwy o Anglię i nieustannie trwająca walka powietrzna zmienił zasady. Każdy pilot z najmniejszymi choćby kompetencjami stawał się cennym nabytkiem. W 1942 roku próg kwalifikujący do wstąpienia w szeregi ATA obniżono, a przed Jadwigą otworzyła się szansa powrotu do latania, i to latania, jakie nigdy przed wojną nie było dane kobiecie”.

 

Praca w ATA nie było realizowaniem hobby

Praca w ATA to nie było rekreacyjne latanie. Piloci i pilotki działały pod ogromna presją czasu, ale też w strachu. Maszyny często okazywały się niesprawne i dochodziło do wypadków śmiertelnych. Ponadto w użyciu było bardzo wiele samolotów, a piloci nie byli uczeni, w jaki sposób nimi sterować. Rudnicka-Litwinek pisze, że piloci niekiedy przebazowywali jednego dnia kilka typów samolotów. Po szybkim przeszkoleniu pilot dostawał książkę instruktażową „Notatki pilota rozprowadzającego”, która była uznawana za swoistą biblię. Czego nie wiedział, to musiał doczytać – i w drogę, bo naprawdę nie było czasu na wchodzenie w szczegóły.

Piloci ATA mieli zakaz korzystania z radia, by nie zakłócać komunikacji na potrzeby działań wojennych – co stanowi potwierdzenie, że byli, tylko i aż, służba pomocnicza dla RAF. Musieli latać na wysokości do 2 tys stóp, by ułatwić obsłudze na ziemi wzrokowe rozpoznanie samolotu. W przeciwnym razie narażali się na zestrzelenie przez własną obronę przeciwlotniczą. Latajac tak nisko, piloci nie mogli korzystać z dobrej widoczności i słonecznej przestrzeni powyżej warstwy chmur.

Zapomniana wojenna opowieść

Mimo tych trudności, służba w ATA była dla bohaterek książki i dziesiątek innych pilotek wielka nobilitacją. Miały ważne, odpowiedzialne zadanie, ale historia przebazowywania gdzieś nam zupełnie zaginęła wśród setek innych historii wojennych. Przed kilkoma laty czytałam ten wątek w powieści, której akcja toczy się w Stanach Zjednoczonych, co jest dowodem na to, że w różnych krajach wyspecjalizowała się służba polegająca na transporcie maszyn z fabryk na lotniska i, w razie potrzeby, w druga stronę. Miałam nawet sprawdzić, czy autorka tamtej powieści nie zmyśliła wątku kobiet odpowiedzialnych za przebazowywanie (bo w Stanach również zajmowały się tym kobiety), ale najpierw to odkładałam na później, po czym zapomniałam, jakiego hasła tak naprawdę mam szukać. Temat się rozmył, więc z wielką przyjemnością przeczytałam o ATA – i udziale polskich pilotek – w książce  Anny Rudnickiej-Litwinek.

Historia ATA kończy się  w okolicach 70 strony, a na niemal trzystu kolejnych przeczytacie inne wątki dotyczące kobiet w przestworzach. Nie chcę psuć Wam niespodzianki, więc więcej nie zdradzę.

Nie od początku byłam przekonana do tej książki. O dziwo, pierwszy rozdział, który powinien być wymuskaną wizytówką i zachęcać do dalszej lektury, moim zdaniem wypadł blado i rozczarowująco. Pomyślałam, że niech tam, przeczytam jeszcze dwa rozdziały i jeśli będą podobne, to daruję sobie dalsze czytanie. I tak dotarłam do rozdziału trzeciego, o dziewczynach w ATA, który zrekompensował średnio udany pierwszy rozdział (zresztą drugi, o Hannie Hennenberg i przedwcześnie zakończonym życiu jednego z najzdolniejszych inżynierów epoki, też był dobry).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *