Dwie siostry chcą do raju

Categories Książki

 

Wydawało się, że była to typowa imigrancka rodzina w pierwszym pokoleniu. Typowa – czyli nie do końca zintegrowana z krajem, który wybrała do życia, ale jednak podporządkowująca się obowiązującym zasadom. Dzieci chodziły do szkoły, mówiły po norwesku. Ojciec imał się różnych zajęć, ale bez pieniędzy z opieki społecznej nie przetrwaliby do końca miesiąca. Najmniej „u siebie” czuła się trzydziestokilkuletnia matka, Sara. Nie mogła odżałować, że rodzina opuściła Somalię. Nie  lubiła Norwegii. Czuła się dyskryminowana i traktowana przez innych z góry, więc nawet nie podejmowała prób stania się częścią społeczności. Pomimo kilkunastu lat spędzonych w Norwegii, nie nauczyła się języka nawet w stopniu komunikatywnym. Nie chodziła na wywiadówki, nie czytała gazet. Gdy w telewizji coś ją zainteresowało, prosiła któregoś członka rodziny o przetłumaczenie.

 

Ta rodzina nie wyróżniała się niczym na tle innych, które kilkanaście lat wcześniej przybyły do Norwegii. Była przeciętna. I właśnie dlatego wszyscy zignorowali sygnały, które mogą wskazywać na to, że z dziewczynami – 16-letnią Leilą i 19-letnią Ayan – dzieje się coś złego. A później było już za późno, bo o swoim przerażającym planie poinformowały dopiero, gdy były kilka tysięcy kilometrów od domu, gotowe do tego, by przekroczyć granice z ogarnięta wojną Syrią i walczyć dla Allaha o utworzenie prawdziwego muzułmańskiego państwa, w którym tacy jak one będą mogli prowadzić dobre, zgodne z zasadami religii życie.

 

Wierzyły, że „żyć dla Allaha” to znaczy żyć lepiej

Ta historii wydarzyła się naprawdę i wcale nie ma charakteru jednostkowego. Z krajów Europy Zachodniej na tereny zajęte przez ISIS w latach 2012-2016 (później już zdecydowanie mniej, co miało związek również z tym, że służby przeszkoliły się w wychwytywaniu najbardziej zradykalizowanych młodych ludzi) roku wyjechało kilkaset dziewczyn, które postanowiły swoja obecnością wspierać dżihadystów. Większość wyjechała z zamiarem wyjścia za bojownika i stworzenia mu, jakkolwiek dziwnie to brzmi, odpowiednich warunków do tego, by po dniu walki mógł wrócić do domu, w którym czeka na niego ciepła kolacja i „zaopiekowane” dzieci.

Być może niektóre wyjechały zwabione obietnicą możliwości walki zbrojnej, choć wydaje mi się to mało prawdopodobne, bo kobiety nie wchodzą w skład oddziałów walczących w ISIS. Co innego, gdy w grę wchodzi przeprowadzenie samobójczego ataku z użyciem pasu szahida. Decydując się na to, kobiety czują, że zginą śmiercią męczeńską i pójdą prosto do raju. Czyli warto.

Jeśli interesuje Was temat kobiet z Europy, które walczą po stronie terrorystów z Daesh, w internecie znajdziecie wiele informacji na przykład o tym, że po latach niektóre jednak decydują się wrócić do kraju, którego paszport posiadają. Niekiedy już z gromadką dzieci. I wcale nie mają gwarancji, że przyszywana ojczyzna będzie chciała je przyjąć z powrotem. Nie śledzę tematu, ale w 2019 r. Dania przygotowywała ustawę, które pozwalałaby osoby wspierające czynnie działalność ISIS pozbawiać duńskiego obywatelstwa.

Austria natomiast miała w planach ustawę pozwalającą takim osobom odmówić pomocy konsularnej. Trudno mi to wszystko ocenić, bo z jednej strony myślę, że te dziewczyny, które wyjechały mając kilkanaście, nie więcej niż dwadzieścia lat, zostały poddane ogromnej indoktrynacji i straciły umiejętność samodzielnego podejmowania decyzji. Do tego zapewne przeżywały okres młodzieńczego buntu, źle czuły się w kraju, który nie był ich ojczyzną i uwierzyły, że ich obowiązkiem jest pomoc w stworzeniu idealnego państwa dla muzułmanów. Błędy młodości jakoś jestem w stanie zrozumieć. Z drugiej jednak strony – wspierały organizację, która w bestialski sposób pozbawiła życia tysiące ludzi, a setki tysięcy wygnała z domów i skazała na tułaczkę i życie uchodźcy.

 

Gdzie się kończy „życie według swoich zasad”, a zaczyna coś niepokojącego?

Wróćmy jednak do historii Laili i Ayan. Pozornie wiodły zwyczajne życie. Laila wprawdzie zawsze była wycofana, nie miała koleżanek i uważana była za dziwną, lecz Ayan była przebojową, pewną siebie i popularną nastolatką. Było w niej wiele przekory, ale takiej, jaką u młodych się ceni. Jeśli się spierała, to na argumenty. Umiała samodzielnie myśleć, była krytyczna, pogłębiała wiedzę.

Gdy Ayan przestała nosić kolorowe ubrania i zaczęła zakrywać włosy, nauczyciele pomyśleli, że to nacisk ze strony rodziców. Pewnie mają dla niej już wybranego męża, myśleli. Wezwali nawet ojca na rozmowę, ale zaprzeczył, by to on nakazywał córce ubieranie się według standardów muzułmańskich. I to akurat była prawda, gdyż nie była to specjalnie religijna rodzina. Dopiero po czasie, a więc gdy siostry uciekły z Norwegii, zaczęły się domysły, skąd też wziął się w ich głowach radykalizm. Prawdopodobnie zaszczepił go nauczyciel Koranu, do którego dzieci z okolicy chodziły na prywatne lekcje.

Szkoła natychmiast zareagowała, gdy Ayan zaczęła przychodzić na lekcje w szczelnie zakrywającym ciało nikabie. Dziewczyna została wezwana przez dyrektorkę, która wyjaśniła, że zgodnie z regulaminem placówki, twarz ucznia nie może być niczym osłonięta. Ayan nie odpuściła jednak, bo nie dość, że była pewna siebie, to również noszenie nikabu traktowała jako część większej misji. Dowiodła więc, że z regulaminu taki zakaz nie wynika i ku ogromnej złości pani dyrektor – nie ustąpiła. Zresztą w tamtym czasie nie przejmowała się już tym, co mają jej do powiedzenia dorośli. Przestała się uczyć, zaczęła wagarować. Wiedziała, że  i tak nie ukończy szkoły, że gdy jej koledzy będą pisać egzamin końcowy, ona będzie już w Syrii.

 

Tygodniami ojciec próbował odbić córki

Rodzice odchodzili od zmysłów, gdy dowiedzieli się, że nastolatki uciekły i zbliżają się do granicy turecko-syryjskiej. Ojciec, Sadiq, natychmiast kupił bilet lotniczy do miasta, z którego nastąpiło ostatnie logowanie telefonów córek, a następnie jechał ich tropem aż pod syryjską granicę. Tam z ogromnym narażeniem życia brał udział w akcji, która miała na celu sprowadzenie córek. Płacił krocie przemytnikom, sam również robił ryzykowne rzeczy, które omal nie zakończyły się śmiercią. W międzyczasie jego córki nawiązywały kontakt sms-owy z rodziną lub pisały w mediach społecznościowych. Opisywały swoje doskonałe życie w Syrii, w której, jeśli im wierzyć, niczego im nie brakowało, miały w bród jedzenia, a czas spędzały z mężem lub innymi żonami dżihadystów.

Myślę, że swoją nową sytuację postrzegały jako awans na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, przestały być obce, a stały się „swoje”. W Norwegii miały poczucie, że jednak są jakimś elementem obcym. Zastanawiam się, na ile to przekonanie przejęły od matki, która głośno krytykowała Norwegię i wielokrotnie opowiadała, że miejsce rodziny jest w Somalii. Dzieci są bardzo wyczulone na takie sygnały i niewykluczone, że nie odrzuciłyby Norwegii, gdyby nie słyszały nieustannie, że to zły kraj zimnych ludzi, którzy dyskryminują muzułmanów.

Po drugie, żyły wreszcie w swoim idyllicznym państwie muzułmańskim, w którym obowiązywały wszystkie zasady, które chciały wdrożyć, bezskutecznie, w swoim domu rodzinnym. Wreszcie, po latach bardzo skromnego życia spinanego czekami z pomocy społecznej, miały luksus (a przynajmniej tak twierdziły), o którym wcześniej mogły pomarzyć. No i żyły dla Allaha, gotowe na śmierć ku jego chwale, gdyby to było konieczne.

Tu przeczytacie wywiad z autorką książki (Wysokie Obcasy)

O tym, jak się rodzi radykalizm

„Dwie siostry” to nie tylko opowieść o Leili i Ayan, lecz również (a może przede wszystkim) o ich ojcu, który nigdy nie pogodził się z ucieczką dziewcząt. Przez kilka kolejnych lat próbował je odbić i nie dopuszczał do siebie myśli, że wyjazd był ich przemyślanym wyborem. Opowiadając swoją historię mediom – w tym również autorce książki – posunął się do kłamstwa, by wybielić czyn swoich dzieci. Czy jednak można mu się dziwić? Czy rodzic nie poruszy nieba i ziemi, by pomóc swojemu dziecku?

Inną strategię radzenia sobie z tą trudną sytuacją przyjęła Sara, matka dziewczynek. Swoją walkę musiał stoczyć kilkunastoletni brak Leili i Ayan, którego świat runął. Wraz ze zniknięciem sióstr runął spokój w rodzinie, a bliscy byli wytykani pacami jako „rodzina dżihadystek”. Nie umiał sobie poradzić z tą łatką i ciężko było mu nosić brzemię, za które przecież nie ponosił odpowiedzialności.

„Dwie siostry” to opowieść o wyborach, które mają wpływ na ludzi dookoła. Pewnie do pewnego stopnia o wolności tych wyborów. Często słyszymy, że powinniśmy robić rzeczy, co do których jesteśmy przekonani, nawet jeśli inni to krytykują. No to Ayan i Leila uwierzyły w tę maksymę, doprowadzając do życiowej tragedii kilku osób. No to jak jest z tymi granicami wolności?

Autorka, która wcześniej napisała doskonałą książkę „Jeden z nas” o Andreasie Breiviku, w „Dwóch siostrach” koncentruje się nie tylko na sytuacji tej jednej rodziny, ale też opisuje historię ISIS i rozwoju tej organizacji, która w szczytowym momencie swojej potęgi zapowiadała, że zawojuje nie tylko Bliski Wschód, ale i Europę. Leila, Ayan i wiele innych dziewczyn z imigranckich domów bardzo chciały dołożyć swoja cegiełkę do tej wizji. Bez oglądania się na koszty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *