Książka o Japonii dowodem na to, że nie każdy powinien brać się za pisanie. Nawet jeśli to „subiektywny przewodnik”

Categories Książki

 

Jest para blogerów, która fajnie opisywała swoje życie w Japonii i wyrobiła sobie w ten sposób markę w internecie. Mamy też wydawnictw, które od lat specjalizuje się w szeroko rozumianej literaturze podróżniczej. Blogerzy piszą na zlecenie wydawnictwa książkę będąca rozwinięciem tego, co wcześniej robili w sieci. Musi się udać, tu nie ma miejsca na wpadkę! A jednak. „Japonia. Subiektywny przewodni nieokrzesanego gaijina” to dowód na to, że nie każdy powinien pisać książki, a wydawnictwa powinny działać bardziej asertywnie i mieć odwagę odsyłać niektóre maszynopisy.

 

 

Dość często słyszę uwagi, że obecnie wydaje się zbyt wiele książek reporterskich i w efekcie te dobre nie mogą się przebić, a my, czytelnicy, nie mamy pewności, że tytuł, po który sięgamy, jest dopracowany i wart wydania nań pieniędzy. Jestem impregnowana na takie narzekania, bo myślę, że jednak stosunkowo rzadko zdarzają się naprawdę złe książki. Nie brakuje tytułów, nad którymi można by jeszcze popracować i „wycisnąć” z nich więcej, ale jednak trudno mi wskazać przykład książki, na której naprawdę się zawiodłam i nie wyniosłam z niej nic, co by mnie wzbogaciło i sprawiło, że dowiedziałam się czegoś o świecie. Fakt, bywają książki napisane w sposób, który mnie nie przekonuje, ale rezygnując z dalszego czytania mam świadomość, że po prostu się z autorem „nie zgrałam”, nie kupuję jego stylu. To może być dobra książka, ale zwyczajnie nie dla mnie.

Na tym blogu staram się nie pisać o książkach, które mnie nie przekonały. Powód jest prosty: mam za mało czasu, by opisać wszystkie ciekawe książki, które czytałam. Szkoda życia na pochylanie się nad złymi.

Tym razem jednak nie umiem przemilczeć, bo wobec książki, która stanowi powód rozczarowania, miałam naprawdę wysokie oczekiwania. Jak człowiek spada z wysokiego konia, boli bardziej niż w przypadku upadku z bezimiennej klaczy.

 

Gdzie jest redaktor?

Książka, która bardzo wyraźnie kazała mi (wielokrotnie) zadać pytanie, jak to się stało, że ktoś naprawdę ją wydał, wyszła spod rąk pary blogerów. Paulina Walczak-Matla i Maciej Matla przed trzema laty wyjechali do Japonii, gdzie pani Paulina dostała pracę. To był wyjazd na wariata: nigdy wcześniej nie byli w tym kraju, nie znaki słowa po japońsku, do tego mieli bodaj ośmiomiesięczne dziecko. Wywrócenie życia nie było łatwe, ale jednak pomyśleli „ahoj, przygodo”, spakowali się i jakiś czas później wylądowali w Tokio.

Wkrótce zaczęli prowadzić blog oraz kanał na fb pod nazwą „Rodziną w świat”. Opisywali tak swoje japońskie przygody i dzielili się spostrzeżeniami. Znalazłam ten profil półtora roku temu. Dość szybko przeczytałam większość archiwalnych wpisów i miałam przy tym świetną zabawę. Małżeństwo Matla opisywało rzeczywistość wokół siebie w sposób zabawny, niewymuszony, bezkompromisowy. Zdecydowanie mają oryginalny styl, który w formie bloga kupowałam. Nie nacieszyłam się wieloma nowymi wpisami, bo wiosną 2020 roku rodzina wyruszyła w podróż powrotną do Polski. Ot, koronawirus „przegonił” z Japonii większość obcokrajowców i tak azjatycka przygoda trzyosobowej rodziny się zakończyła.

 

O tym, że  o życiu w innych krajach można pisać na luzie, ale też w przemyślany i dopracowany sposób, świadczą książki Wydawnictwa Poznańskiego. Choćby ta, o Szwajcarii

 

Państwo Matla nie zamknęli bloga. Piszą nadal, ale siła rzeczy już nie o Japonii. Chcąc pozostać myślami w Tokio i dotrzeć do nowych czytelników, blogerzy przystąpili do pisania książki. I niestety okazało się (a właściwie potwierdziło, bo ten model nigdy się nie sprawdza), że styl, który świetnie działał w przypadku bloga,  w książce jest całkowicie niezjadliwy. Tak, „niezjadliwy” to przymiotnik, który bardzo mi pasuje do „Japonii. Subiektywnego przewodnika nieokrzesanego gaijina”.

Książka, nawet jeśli w podtekście ma przymiotnik „subiektywny”, wymaga dopracowanego stylu, szerszego zbadania tematu i ustrukturyzowania myśli, a nie pisania wszystkiego, co autorowi przyjdzie do głowy w para-zabawnym stylu, który tak naprawdę przestał być zabawny w okolicach dziesiątej strony.

 

Autorzy tak bardzo starali się być zabawni i pokazać, że mają dystans do Japonii, a więc kraju zupełnie odmiennego od państw europejskich, Kanady czy USA, że w którymś momencie zaczęli się zwyczajnie powtarzać i byli niczym zgrana płyta. Czuli potrzebę, by nieustannie przypominać czytelnikowi, że ile byś nie próbował, to nie zrozumiesz Japonii. Nie nie ma opcji! Popychanie akcji następowało w przerwach od przypominania, że Europejczyk Japończyka nie zrozumie, a japońska ulica to pole minowe i jak byśmy nie próbowali, to nie ominiemy bomb.

Dam Wam próbkę pokazująca to kręcenie się wokół własnego ogona. Strona 25, rozdział pod tytułem: „Jak się nie zbłaźnić w restauracji i dlaczego to niemożliwe”.

Czytaj też: Finlandia o smaku lukrecji. Sisu, salmiakki i domek nad jeziorem

„W japońskiej restauracji nie chodzi tylko o doznania smakowe, ale o cała masę innych wrażeń, których przy okazji spożywania posiłku można doświadczyć. Konkretnie chodzi o kompromitację, będąca nieodłącznym elementem pierwszych wizyt. Niestety, zazwyczaj takich, o których nie da się zapomnieć. Coś o tym wiemy. A dlaczego kompromitację, zastanawiacie się zapewne. W końcu co trudnego może być w wizycie w restauracji? No cóż. W każdym innym kraju, zapewne nic. Ale Japonia to inny świat. Tutaj nawet w knajpie obowiązuje cały szereg zasad, do których trzeba się dostosować, żeby nie wyjść na lekkomyślnego, nieokiełzanego gaijina. Nie będziemy rozbudzać płonnych nadziei. Nie układajcie w głowie planu, jak to przechytrzycie system i nie dacie się przyłapać na wtopie. Nie ma na to najmniejszych szans. Można to ośmieszenie co najwyżej zminimalizować. A przynajmniej próbować, nawet ze świadomością, że efekt będzie marny”.

Uff, dobrnęliśmy do końca przydługiej myśli, którą można omówić w dwóch zdaniach. Na przykład takich: „Zasady obowiązujące w japońskich restauracjach są zupełnie inne niż to, do czego przywykliśmy w lokalach gdziekolwiek indziej na świecie.  Trudno jest w czasie wizyty nie popełnić faux pas. Można próbować, ale bierzcie poprawkę na to, że wielu przed wami próbowało i niewielu wyszło z twarzą”. Wyszły trzy zdania, a sens został zachowany.

W książce zastosowano naprawdę dużą czcionkę, więc zacytowany przeze mnie fragment zajął praktycznie cała stronę. Cała strona kompletnie  o niczym. I niestety, nie był to jednorazowy wyskok.

Czytając zastanawiałam się wielokrotnie, gdzie się podział redaktor. Jego nieobecność w książkowym debiucie państwa Matla jest dojmująca i wymyślałam alternatywne historie mające wyjaśnić, jak to się stało, że został zupełnie w procesie zminimalizowany. Pierwsze wyjaśnienie braku redaktora jest takie, że wydawnictwo (skądinąd uznany „Pascal”) uznało, że skoro autorzy mają oddane grono czytelników bloga, to nie ma co wywarzać otwartych drzwi i należy pozwolić autorom pisać dokładnie tak, jakby w dalszym ciągu pisali blog. Drugi scenariusz zawiera w sobie więcej dramatyzmu. Otóż autorzy mogli się zbuntować i powiedzieć, że albo napiszą książkę po swojemu, albo nie oddadzą maszynopisu wcale. Może są bezkompromisowi i nie akceptują, gdy ktoś skreśla i dopisuje coś w ich tekstach?

Pewność siebie i pewna bezkompromisowość są z pewnością cechami, które pomagają przetrwać i nie zostać zjedzonym na trudnym rynku medialnym. Ale bezkompromisowość musi mieć granice. Czasem zwyczajnie warto posłuchać rad mądrzejszych osób. Autor nigdy nie jest dobrym recenzentem swoich tekstów, gdyż ma do nich stosunek osobisty. W jego przekonaniu zawsze ocierają nie o doskonałość i naprawdę potrzeba, by ktoś chłodnym okiem spojrzał, tu skreślił, tam dopisał i jeszcze wyjaśnił, czego w książce brakuje.

 

Japonia, czyli właściwie co?

W „subiektywnym przewodniku” razi styl (bardzo dużo krótkich zdań, czasem składających się z dwóch czy trzech wyrazów. Autorzy pisali tak, jak się mówi. Niestety, ale na dłuższa metę nie da się w ten sposób napisać książki) oraz pobieżnie potraktowane opisy. Wprawdzie autorzy piszą o różnych aspektach codziennego życia w Japonii (kuchnia, praca, czas wolny, zainteresowania, rodzina), ale to wszystko jest bardzo powierzchowne. Zdziwiło mnie, że opisują Japonię jako monolit. Nieustanie czytamy, że „po pracy Japończycy robi to i tamto”, „dla Japończyków ważne jest to i to”. Poważnie, dla wszystkich Japończyków w całej Japonii? Miałam wrażenie, że autorzy opisują to, co wiedzieli z okien swojego tokijskiego mieszkania i w ogóle nie biorą pod uwagę, że gdzieś za granicami miasta… też jest Japonia. Inna, z innymi tradycjami, w której luzie żyją inaczej niż w Tokio. Takiego zerowego pogłębienia spodziewałabym się w mailach od dwudziestoletniej kuzynki, która poleciała do Japonii  na wymianę studencką, a nie od autorów, którzy wydali książkę w wydawnictwie znanym z serii przewodników.

 

Jeśli mieliście nadzieję, że dowiecie się czegokolwiek o historii Japonii, to zdecydowanie nie ta pozycja. Nie przesadzam: autorzy piszą wyłącznie o tym, czego sami doświadczyli i nie posiłkują się żadnymi materiałami, badaniami statystycznymi, nie powołują się na inne książki czy wytwory kultury….

Czy mogę powiedzieć o tej książce coś pozytywnego? Tak. Druga połowa, mniej więcej od 150 strony, jest lepsza niż pierwsza. A może jest taka sama, ale przyzwyczaiłam się już do żarcików i stylu, który początkowo wydawał się zabawny, a z czasem stał się nudny i przewidywalny?

Nie wiem, ale ta książka jest dowodem na to, że można być naprawdę dobrym, odnoszącym sukcesy blogerem, a jednocześnie nie mieć predyspozycji do pisania książek. Bo umówmy się, napisanie dobrej książki to orka na ugorze, a do tego duża odpowiedzialność. Skoro sprzedajemy książkę za 49,99 zł (cena okładkowa), to na Boga, nie dawajmy ludziom byle czego! Nie piszmy książek tylko dlatego, że fajnie powiedzieć o sobie, że jest się autorem „subiektywnego przewodnika” po Japonii. Prowadzenie  dobrego bloga to również powód do satysfakcji – i niekiedy naprawdę warto na tym poprzestać.  

 

Czytaj też: Codzienność w Omanie, fińska sauna i Grecja nie tylko w wakacje. Moje ulubione książki Wydawnictwa Poznańskiego

 

 

Wydawnictwo Pascal, Japonia. Subiektywny przewodnik nieokrzesanego gaijina po meandrach zaskakującej rzeczywistości.

Paulina Walczak-Matla, Maciej Matla, rok wydania 2020

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *