Najpiękniejsze schody w Warszawie. Trzy ciekawostki o Starym Mieście

Categories Polska

 

Tym wpisem chciałabym zainicjować mały cykl, w którym będę opowiadała o moim ulubionym warszawskim osiedlu, czyli Starym Mieście. Dlaczego ulubionym? Tego dowiecie się na samym końcu.

Tymczasem:

  • Do czego służą małe domki, które przycupnęły na dachach wielu kamienic (nie tylko warszawskich zresztą)?
  • Kto mieszkał w domu, który do złudzenia przypomina młyn (i taka tez funkcję swego czasu pełnił)?
  • Które schody ukochali sobie fotografowie ślubni (niezależnie od tego, że bardzo muszą uważać, by w kadr nie weszło im nieestetyczne graffiti?

 

 1. Świetliki. Sprytne rozwiązanie z czasów sprzed wynalezienia okien dachowych. Wyglądają uroczo. Takie małe domki na szczytach kamienic. Zanim zainteresowałam się tematem, myślałam, że te nadbudowy naprawdę pełniły funkcję jakichś lokali przeznaczonych dla artystów (inna profesja nie przychodziła mi do głowy – wszak stereotypowy artysta lubi, gdy okoliczności są nietypowe).

Jednak nic z tego. „Domki” powstały w czasach, gdy ludziom nie śniło się, że coś tak cudownego jak światło może być dostępne o każdej porze dnia – i przede wszystkim nocy, a zamknięte może być w przewodach. Nie znali też technologii okien dachowych, więc mieszkania w kamienicach miały tyle światła, ile dostarczały okna. Z chwilą zapadnięcia zmroku mieszkańcy nie ruszali się bez świec, niemniej robili wszystko, by maksymalnie zwiększyć ilość naturalnego światła, która dostaje się do wewnątrz.

W tym pomagały „domki”. Przez umieszczone w nich okna dostawało się światło, które doświetlało klatkę schodową.

Zwróćcie uwagę, jak wiele okien znajduje się w tych niewielkich przecież domkach. Nic dziwnego, że ze względu na pełnioną przez nie funkcję, z czasem zyskały miano latarni lub po prostu świetlików. Ta druga nazwa jest mi znacznie bliższa.

Dziś świetliki kojarzą się nam raczej z przeszkolonymi konstrukcjami na dachach – rzadziej domów, a znacznie częściej zakładów produkcyjnych i dużych hal. W nowoczesnych fabrykach okien jest jak na lekarstwo, ludzie pracują przez cały dzień w sztucznym świetle, a świetliki są niekiedy jedyną drogą, przez którą choć kilka „prawdziwych” promieni może dostać się do wewnątrz.

 

 

Nie będę się rozpisywała o świetlikach, bo youtuberski duet z „Architecture Is a Good Idea” poświęcił im cały odcinek programu. Obejrzyjcie. Będziecie się specjalizować w dawnych rozwiązaniach na doświetlenie kamienic 😉

 

 

Co jeszcze warto zrobić na Starym Mieście? czy macie ochotę na muzea?

 

2. Dawny Dom profesorski przy Brzozowej 12. To bardzo nietypowy budynek. Wysoki, przysadzisty, do tego wchodzi się jakąś dziwaczną kładką na wysokości trzeciego piętra. W żadnym razie nie pasuje do architektury Starego Miasta – i nic dziwnego, bo przez dziesięciolecia służyła zupełnie innemu celowi. W 1633  roku wybudowano budynek jako spichlerz rajcy Baltazara Strubicza. Zapytacie: ale jak to spichlerz, skoro do wody jest ze 200 m, na tyle dużo, że po wojnie między Domem Profesorskim a brzegiem zdołano jeszcze pociągnąć Wisłostradę? Ano, naturę człowiek ujarzmił stosunkowo niedawno i jeszcze 400 lat temu Wisła biegła znacznie bliżej Starego Miasta.

Na początku XIX wieku spichlerz przebudowano na kamienicę. Mieszkańcy mieli do wyboru, czy wychodząc z domu chcą się znaleźć na ulicy Brzozowej – i wtedy korzystali z istniejącego nadal drewnianego mostu – czy po drugiej stronie budynku, już na wysokości ziemi (wyjście od ulicy Bugaj).

Ponownej wielkiej przebudowy dawny spichlerz doczekał się w 1921 roku, kiedy to kamienica została przyłączona do zespołu domów „Kooperatywy Profesorów Uniwersytetu i Politechniki”. Kamienicę z ogromnym ogrodem ulubili sobie przede wszystkim profesorowie filologii klasycznej.

 

Dawny Dom Profesorski
Dawny Dom Profesorski

 

Jedna z furtek prowadzących do dawnego Domu Profesorskiego
Jedna z furtek prowadzących do dawnego Domu Profesorskiego

 

We wrześniu 1939 r. budynek został lekko nadpalony, ale wojnę przetrwał w niezłym stanie. Powstanie warszawskie przyniosło zagładzie Staremu Miastu. Według różnych szacunków uległo ono uszkodzeniu w 70-80 proc. Jak pisał varsavianista Jerzy S. Majewski w artykule dl „Gazety Stołecznej”,  „ruina domu profesorów stała jeszcze w końcu lat 50. W 1962 r., gdy na łamach „Stolicy” pisała o nim Irena Parandowska, trwała odbudowa, czy może raczej przebudowa”.

Przywołał następującą historyjkę, w której uczestniczyła właśnie pisarka Irena Parandowska:  „Idzie murarz. Gwiżdże. <Może pan wie, przed wojną tu gdzieś był Dom Profesorski? To ten remontowany? > – i wskazuje palcem. <Tak, proszę pani, na pewno ten > – mówi dziewczynka, może dziesięcioletnia, z tornistrem na plecach. <A ty skąd wiesz, na świecie jeszcze długo ciebie nie było? ?. ?Wiem – mówi rezolutnie dziewczynka – mieszkam tu obok. A jak w tamtym domu bawiliśmy się w podchody, to tam jeszcze było dużo spalonych książek. Nawet jedną zabrałam, żeby tatusiowi pokazać, i tatuś mówił, że tam mieszkali bardzo mądrzy ludzie, dawno przed wojną>”.

 

Dzisiejszy dom przy Brzozowej 12 nie wygląda jak przed wojną. Nadano mu cechy upodabniające do spichlerza, które tak bardzo chciał usunąć w latach 20. Zeszłego wieku architekt opracowujący projekt Domu Profesorskiego. Cóż, przyjdą po nas kolejne pokolenia i zrobią z nasza architektura, co będą uważały za słuszne…

Ulica Brzozowa. To przy niej znajduje się dawny Dom Profesorski
Ulica Brzozowa. To przy niej znajduje się dawny Dom Profesorski

 

Tablica pamiątkowa na ogrodzeniu dawnego Domu Profesorskiego
Tablica pamiątkowa na ogrodzeniu dawnego Domu Profesorskiego

 

3. Kamienne Schodki. Skoro już jesteśmy przy Domu Profesorskim, to przejdźmy kilkanaście metrów do przodu. Po lewej stronie zobaczycie dość szerokie schody w górę, po prawej – znacznie węższe w dół. Witajcie na Kamiennych Schodkach, jedynej ulicy w Warszawie, której nie przejedziecie samochodem! Pierwsza wzmianka o Kamiennych Schodkach pochodzi z połowy XVI wieku. Łączyły furtę znajdującą się w murach obronnych z brzegiem Wisły – bo jak wspomniałam we wpisie poświęconym Domowi Profesorskiemu, cztery wieku temu rzeka płynęła pod samymi schodkami.

 

Wprawdzie dziś ceny mieszkań na Starym Mieście są co najmniej 2,5 razy wyższe niż w dzielnicach położonych na obrzeżach Warszawy, to jeszcze przed wojną mieszkała tam biedota. Ciasno, ciemno, do tego tak blisko rzeki. Stare Miasto nie było na początku zeszłego wieku żadnym salonem, o nie! Kamienne Schodki również nie były adresem, do którego ktokolwiek by aspirował. Podejrzane towarzystwo, do tego brudno i nieładnie pachniało.

No dobrze, pominęłam smutny fakt. Ściany domów wzdłuż schodów są potwornie pomazane
No dobrze, pominęłam smutny fakt. Ściany domów wzdłuż schodów są potwornie pomazane

 

 

Zachowała się taka opowieść o Napoleonie, który miał okazję przespacerować się po nich.

” Kamienne Schodki są i z tego pamiętne, że przez nie przechodził Napoleon I, cesarz Francuzów, kiedy stanął w Warszawie w grudniu 1806 r.; chciał oglądać miasto i Rynek, gdzie przybywszy wieczorną porą w towarzystwie księcia Józefa Poniatowskiego i kilku marszałków francuskich, kazał, ażeby go najbliższą drogą prowadzić do brzegu Wisły i wskazał ręką w tę stronę, mówiąc, że rzeka tu leży, widział ją bowiem z okien Zamku. Nie zraził się przykrym przejściem i szedł ku Wiśle tym brudnym ustroniem, o którym sprawiedliwe acz niepochlebne wyrzekł zdanie.” (przytaczam za stroną warszawskie.info).

 

O przygodach Napoleona na Kamiennych Schodkach krąży jeszcze jednak historyjka: miał chadzać tam, by szukać uciech w ramionach kobiet. Nie bardzo w to wierzę, bo choć podobno Napoleon miał tak podzielną uwagę, że potrafił robić kilka rzeczy na raz, ale myślę, że był zbyt zajęty, by przemierzać miasto w poszukiwaniu towarzystwa uroczych kobiet.

 

Mam do Kamiennych Schodków ogromy sentyment, bo przez sześć lat wynajmowałam mieszkanie na samiutkim dole. Gdybyście parę lat temu zastukali w najniżej położone okno, przybiegłabym nieco przestraszona.

 

Miło wspominam tamten czas. Jestem estetką, zwracam uwagę na otoczenie, a Stare Miasto nie przestawało mnie przez te lata zaskakiwać . Uwielbiałam spacerować po sąsiedztwie. Często byłam pytana, czy nie przeszkadza mi hałas. Otóż nie, bo na Schodkach głośno było w zasadzie tylko w letnie weekendy, gdy warszawiacy zmierzali na pokaz fontann w nieodległym Parku Multimedialnym. Pewnym utrudnieniem były natomiast dziesiątki mniejszych i większych sesji fotograficznych. Schodki są bardzo malownicze i wcale się nie dziwię, że każdy, kto tamtędy przechodzi, chce mieć zdjęcie – sama mam takich sporo. Tak czy inaczej, w sezonie nieustannie musiałam czeka, aż ktoś zrobi zdjęcie, a wychodząc z domu ze śmieciami (prosto na Schodki) zastanawiałam się, czy nie ładuję się komuś w kadr.

Piękna okolica rekompensowała jednak wiele niedogodności.   

Popatrzcie zresztą, jak wygląda ulica Mostowa, którą przechodziłam za każdym rzem, gdy szłam do sklepu.

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *