5 dni w Walencji. Bez tłumów i z piękną architekturą w tle

Categories Hiszpania

W przeciwieństwie do Barcelony, Sewilli czy Madrytu, które z ruchu turystycznego uczyniły ważną gałąź lokalnej gospodarki, Walencja nie jest typowo turystycznym miastem. Oczywiście, turyści do niej przyjeżdżają, ale raczej przy okazji objazdówki po Hiszpanii lub na weekend. Nie jest to natomiast typowe miasto „urlopowe” i to nawet pomimo tego, że leży nad morzem. Kto chce kurortu i dostępu do plaży, wybiera raczej położone w odległości ok. 2 godzin Alicante.

My z kolei postawiliśmy na Walencję i postanowiliśmy spędzić w niej pięć pełnych dni. Okazało się, że to optymalna długość pobytu i naprawdę mieliśmy co robić. Jednego tylko dnia pojechaliśmy na kilkugodzinną wycieczkę do Sagunto (30 minut pociągiem od centrum Walencji).

Ilekroć w tekście wspominam ceny, dotyczą one czerwca 2021 roku

Czytajcie też: Święty Graal i rzeka, której nie ma. 10 ciekawostek o Walencji

Dzień 1:

Nasz samolot wylądował ok. godziny 11:30. Do centrum dojechaliśmy autobusem nr 150, ale chyba szybciej byłoby metrem (nr 3 i 5). Bilety można kupować u kierowcy (1,5 euro) lub kodować na kartach. Przejazd jest wtedy tańszy, ale karty często mają jakieś dodatkowe warunki w zależności od wariantu, np. że trzeba wykorzystać bilety w ciągu 24 godzin od skasowania pierwszego.

Autobus dojeżdża do centralnej dzielnicy miasta. Z ostatniego przystanku spacerem poszliśmy najpierw w stronę Mercat Central de Valencia, czyli zadaszonego targu. W wielu hiszpańskich miastach takie Mercados to podstawowe miejsca zaopatrywania się w warzywa, owoce czy mięso, ale mam wrażenie, że w dużych, turystycznych miastach ich oferta skierowana jest przede wszystkim do turystów. Kto był w La Boqueria w Barcelonie, ten rozumie, co mam na myśli.

 

Warto wejść i popatrzeć na wnętrze utrzymane w stylu walencjańskiej secesji. „Turyści kulinarni” z pewnością nie odmówią sobie również przyjemności kupienia czegoś do zjedzenia.

Sam budynek zaczęto wznosić w 1910 roku w miejscu, w którym wcześniej istniał bazar na świeżym powietrzu. To jeden z największych tego rodzaju obiektów targowych w Europie, zajmuje ponad 8000 metrów kwadratowych. Jego niezwykły dach składa się z oryginalnych kopuł i pochylonych części na różnych wysokościach, a wnętrze wydaje się być wyłożone różnymi materiałami, takimi jak żelazo, drewno, ceramika i polichromowane dachówki.

Jak wspomniałam, dominującym stylem Mercado Central jest walencjańska secesja, ale uważny obserwator znajdzie tam również elementy np. gotyku.

 

Po wyjściu z Mercado Central spacerowaliśmy po ulicach, by „zapoznać się” z tym, co Walencja ma do zaoferowania. Przede wszystkim kierowaliśmy się w stronę Placu Ratuszowego (Plaça de l’Ajuntament).

To jeden z najbardziej reprezentacyjnych placów, przy którym znajdują się dwa ważne dla miasta, a przy tym zasługujące na sfotografowanie, budynki. To ratusz (Ajuntament de València) oraz główny urząd pocztowy ( Edificio de Correos). W budynku ratusza  działa punkt informacji turystycznej.

Dzisiejszy ratusz powstawała w dwóch etapach. Najstarsza część budynku pochodzi z XVIII wieku. Funkcję siedziby władz miejskich przejął w 1860 roku. Swój ostateczny kształt budynek zyskał w latach 20. i 30. XX wieku. Obecnie w budynku ratusza znajduje się Muzeum Historii Miasta, więc przy okazji zwiedzania wystaw można obejrzeć go od środka.

Drugim charakterystycznym budynkiem na placu jest poczta. Jego budowę rozpoczęto w 1915 roku i zakończono siedem lat później. Budynek autorstwa Miguela Angela Navarro jest wyraźnie eklektyczny, to zresztą „motyw przewodni” tej części miasta. Uwagę zwraca wejście główne, które otoczone jest podwójnymi kolumnami jońskimi i półokrągłymi łukami, zwieńczonymi imponującymi alegorycznymi postaciami na szczycie.

Budynek Poczty

 

Spacerując po okolicy, podeszliśmy jeszcze pod Plaza de Toros de Valencia, czyli arenę walki byków. Arena została zbudowana w latach 1850-1859 w stylu neoklasycystycznym. Jeśli patrząc na arenę pomyślicie o Koloseum, to skojarzenie jest jak najbardziej słuszne, bo architekci nie kryli , że stanowiło ono inspirację. Jednocześnie walkę z bykami mogło oglądać 10,5 tys. widzów.

Z areny już tylko rzut kamieniem do dworca kolejowego València Norte. Powstały w latach 1906-1917 budynek warto odwiedzić nawet jeśli nie planujecie podróży. Ma piękną fasadę, na której doszukacie się motywów roślinnych, i jeszcze piękniejsze wnętrze.

Spacer po Ogrodach Turii

Wieczorem, już po tym, jak zostawiliśmy rzeczy (a zostawiliśmy je w obiekcie o nazwie City Suites Abastos. To żaden materiał sponsorowany; naprawdę byliśmy zadowoleni. Obiekt zarządza kilkoma mieszkaniami położonymi może nie w ścisłym centrum, ale w odległości spacerowej od wszystkich atrakcji. Wynajęcie mieszkania na 4 noce kosztowało tysiąc złotych, a w jednym mieszkaniu mogły spać cztery osoby. Cena jak marzenie, dobre warunki. Znajdziecie tę ofertę na Bookingu), poszliśmy na spacer po miejscu, które jest chyba największą osobliwością Walencji, czyli wyschniętym korycie rzeki, która niegdyś przepływała przez miasto. Była rzeka, jest park. A jak do tego doszło?

Przez wieki przez miasto przepływała rzeka Turia. Wypływa ze źródeł w pasmie Muela de San Juan w prowincji Teruel, Aragonia w Hiszpanii. Po 280 km uchodzi do Zatoki Walenckiej w Morzu Śródziemnym.

W miarę rozrostu miasta, ludzkie zabudowania niebezpiecznie się do niej zbliżyły. A dlaczego niebezpiecznie? Otóż rzeka często wylewała, wyrządzając ogromne szkody. Po powodzi w 1957 roku, w wyniku której zniszczone zostało 75 proc. zakładów produkcyjnych, 5800 domów mieszkalnych, a śmierć poniosło co najmniej 81 osób, generał Francisco Franko wypowiedział hiszpańskie „basta!” i zadecydowano, że koryto rzeki zostanie przesunięte o kilka kilometrów. To duża ingerencja w przyrodę, niemniej udało się przeprowadzić prawidłowo zabieg i od 1973 roku Turia płynie innym korytem.

Stare, wyschnięte koryto mogłoby stać się marzeniem deweloperów – wszak w mieście tak starym jak Walencja, która do tego nie ucierpiała poważnie w żadnej wojnie w XX wieku, wobec czego brakuje powierzchni pod zabudowę, każdy hektar jest na wagę złota. Pomysł na zagospodarowanie był jednak zupełnie inny: w starym korycie zorganizowano ciągnące się przez 9 kilometrów tereny zielony, czynią z Ogrodów Turii bodaj najdłuższy park w Europie. Miejsce jest fantastyczne: jesteśmy pomiędzy dwiema dużymi i głośnymi ulicami, a otaczają nas setki drzew i nasadzeń.

Są ścieżki dla rowerzystów, szutrowe bieżnie dla biegaczy i całą masa ścieżek spacerowych. Do tego ławki, gdzieniegdzie kioski z jedzeniem, place zabaw, fontanny… Na terenie parku znalazło się też kilka pełnowymiarowych boisk oraz Pałac Muzyki (Palau de Musica), w którym odbywają się koncerty.

Rzeka poprzecinana była licznymi mostami (najstarsze mają XV-wieczny rodowód. I to dla mnie magia: rzeki już nie ma, a mosty nadal istnieją), w XX wieku dobudowano kolejne, wobec czego bardzo łatwo zejdziecie z ulic wprost do miejskiej oazy.

Myślę, że żadne miasto w Europie nie może się poszczycić tak niesamowitym parkiem jak Walencja.

Dzień 2:

Autobusem podjechaliśmy do Miasteczka Sztuki i Nauki (Ciudad de las Artes y las Ciencias). Mam wrażenie, że Walencja jest miastem, po którym nie powinniście oczekiwać płynnego ruchu ulicznego. Pomimo tego, że jechaliśmy po godzinie 11, a więc w żadnym szczycie komunikacyjnym, autobus wlókł się tak wolno, że kiedy wreszcie z niego wyszliśmy ze dwa przystanki wcześniej niż planowaliśmy, bez większego trudu go dogoniliśmy pieszo.

Miasteczko to duży kompleks nowoczesnych, ba, futurystycznych budynków, w których znajdują się różne instytucje kultury, nauki i szeroko rozumianej rozrywki. Można je obejść z zewnątrz bezpłatnie, więc nawet jeśli nie zechcecie kupować biletów do konkretnych atrakcji, warto, żebyście przespacerowali się wokół tych niesamowitych budynków. Gdy Wasze oczy zmęczą się widokiem tych futurystycznych brył (które pewnie nie każdemu przypadną do gustu – to jednak kontrowersyjna inicjatywa), możecie odpocząć gdzieś wśród kwiatów.

 

 

Samo obejście wszystkich budynków, przerywane licznymi postojami na fotografowanie, może zabrać półtorej godziny. Naiwnie założyliśmy, że nasze zwiedzanie zamknie się w trzech godzinach. Nigdzie jednak nie musieliśmy się spieszyć, więc spędziliśmy w Miasteczku dobre pięć godzin, może nawet trochę więcej.

Po tych wszystkich „och”i „ach”, które wydaliśmy z siebie w czasie spaceru, przyszedł czas na gwóźdź programu, czyli największe w Europie oceanarium. Z zewnątrz budynek wydaje się niepozorny – gdzie tam niby są te wszystkie atrakcje? Nie martwcie się, naprawdę czekają na Was setki ryb, rekiny, ale też pingwiny, delfiny, krokodyle, flamingi i masa innych zwierząt, które kojarzymy z morzami i oceanami całego świata.

Najpierw wejdziecie do głównego budynku, w którym zobaczycie kilkanaście akwariów. To dopiero początek wrażeń, bo cała reszta atrakcji znajduje się poza tym budynkiem. Patrzcie na mapki, które dostaniecie przy okazji kupowania biletu – oraz na wskazówki na chodniku. Po strzałkach dojdziecie do wyspy flamingów, pawilonu z pingwinami, ogrodów, w których znajduje się roślinność z odległych krańców świata. Sprawdźcie również godziny pokazów delfinów. W cenie biletu możecie obejrzeć około 30-minutowy pokaz, z tym że odbywają się one tylko kilka razy dziennie.

Bilet do oceanarium nie był tani, 31 euro (!), ale zdecydowanie warto było tam pójść. Za 1 euro dokupiliśmy wejściówkę do Muzeum Nauki, ale jakoś niewiele dobrego umiem o nim powiedzieć. Największą frajdą było dla mnie zobaczenie tego oryginalnego budynku od środka, natomiast interaktywne wystawy nijak nas nie wciągnęły.

Jak zamawiać jedzenie w Hiszpanii, by było tanio

Miasteczko Sztuki i Nauki znajduje się w niewielkiej odległości od plaży, więc pojechaliśmy zobaczyć morze i zjeść późny obiad w jednej z restauracji na nabrzeżu. W większości hiszpańskich restauracji, i nie dotyczy to tylko lokali w Walencji, można zamawiać danie z karty lub „menu del dia”, czyli menu dnia. Z reguły składa się z trzech pozycji: pierwszego i drugiego dania oraz deseru lub kawy (choć w Barcelonie spotkaliśmy się i z czterema podpunktami). Pierwsze danie wcale nie musi być zupą, może to być coś, co dla nas jest jednak typowym drugim daniem. Wybieracie jedną rzecz z pierwszej grupy (w zależności od restauracji, wybór będzie różny. Czasem to trzy pozycje, niekiedy nawet osiem), później z drugiej. W dwóch miejscach umożliwiono nam wybranie dwóch dań tylko z jednej grupy, więc pytajcie i o takie możliwości.

Ceny są różne, za „menu del dia” płaciliśmy między 10 a nawet 17 euro.

Być może kojarzycie popularne hiszpańskie danie, paellę. Oparta jest ona na ryżu z dodatkiem szafranu, podsmażanym i gotowanym na metalowej patelni z dwoma uchwytami. Paella pochodzi z Walencji, ale przyjęła się w całym kraju. Zjecie ją również w hiszpańskich restauracjach w Polsce, przy czym najczęściej będzie to wariant z owocami morza. Tymczasem najbardziej tradycyjna paella (w karcie dań występuje jako „Paella de Valencia” podawana jest z mięsem króliczym i drobiowym.

 

W kolejnych dniach kontynuowaliśmy zwiedzanie miasta, ale też na kilka godzin pojechaliśmy do Sagunto – niewielkiej miejscowości ze średniowiecznym zamkiem i amfiteatrem z początku naszej ery. Relacja wkrótce!

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *