„Spencer” z Kirsten Steward. Czy to w ogóle jest film o Dianie?

Categories Filmy

 

Może zacznę od tego, że mamy bardzo dobry czas w kinach. Jesienią w ogóle pojawiają się warte uwagi obrazy, które miał swoje premiery na festiwalach filmowych i gdy zdobyły już nagrody w różnych kategoriach, nareszcie mogą zostać pokazane szerokiemu gronu odbiorców. Mamy więc choćby „Śmierć Zygielbojma” czy „Moje wspaniałe życie”, ale tym razem mój i koleżanki wybór padł na „Spencer”. Nie jestem jakąś wielką miłośniczką spraw dotyczących życia royalsów, czasem przeczytam jakieś doniesienia, ale nie elektryzuje mnie to. Co innego życie Diany, w którym jest coś niezwykłego. Księżna zmarła ponad 20 lat temu, a z jakiegoś powodu wciąż wzbudza zainteresowanie. Niesamowite jest dla mnie również to, jak wiele sprzecznych obrazów na jej temat odmalowano. Niektórzy widzą w niej ofiarę, ale nie brakuje ludzi z otoczenia, którzy przekonują, że była sprawną manipulatorką i świetną aktorką. Dzierży tytuł Królowej Ludzkich Serc, a jednocześnie wypomina się jej to, że bezwzględnie próbowała ugrać to, na co miała ochotę. Z jednej strony czuła matka i porzucona żona, z drugiej – nie stroniła od bogatych kochanków. Tak różne przedstawienia, ale paradoksalnie – wszystkie one mogą być poniekąd prawdziwe. I to jest w tej postaci niesamowite.

Księżnej Walii poświęcono kilka filmów fabularnych i nie pamiętam, by któryś był godny polecenia. Niestety, „Spencer” z Kirsten Steward w roli głównej nie przerwie tej złej passy. Film koncentruje się na trzech dniach, które Diana – już wtedy matka kilkuletnich chłopców – spędza z rodziną królewską w jednej z rezydencji. Stosunki z mężem Karolem są napięte do granic, para rozważa rozwód. Dina wie o romansie męża i ma już dość udawania, że czuje się dobrze w miejscu, w którym się znalazła. Ma śmiertelnie dość otaczających ją konwenansów i tego, że w rodzinie królewskiej wszystko jest sztuczne, zaplanowane z góry i do granic absurdu oparte na tradycji, jak jakby wprowadzenie jakichkolwiek nowoczesnych rozstrzygnięć mogło zagrozić powadze monarchii.

Jako że Dianie nie zależy już na dobrej opinii członków rodziny królewskiej, w takcie tych trzech świątecznych dni jawnie okazuje swoją dezaprobatę i buntuje się na każdym kroku. I to mógł być pomysł na świetny obraz: kobieta w złotej klatce, która chce wyrwać się z nieszczęśliwego życia. Czy tysiące kobiet na świecie każdego dnia nie przeżywają tego samego? Nie cierpią wprawdzie w ogromny pałacu, a na pocieszenie nie mogą kupować sobie markowych torebek, ale czy w obliczu poczucia niesprawiedliwości różnice materialne między nimi a Dianą nie znikają? W pewnej scenie Diana powiedziała do garderobianej, że bardzo jej zazdrości, bo ta po pracy pójdzie do pubu, podczas gdy księżna będzie musiała uczestniczyć w festiwalu nieszczerych uśmiechów.

Takiej Diany nie da się lubić

Niestety, zamiast zrobić głęboki film psychologiczny, twórcy poszli w kierunku groteski i obdarzyli Dianę cechami, które są zwyczajnie nieakceptowalne. Została przedstawiona jako kłótliwa kobieta, która wszystkim robi na złość, nie szanuje innych, złości się, snuje teorie spiskowe. Ma zwidy, oskarża ludzi ze swojego otoczenia o szpiegowanie jej. Z łamania zasad uczyniła sobie hobby, do tego nawet nie próbuje być sympatyczna. Różne zachowania, które być może miały miejsce, twórcy filmu umieścili w krótkim, zaledwie 3-dniowym okresie, więc widz ma wrażenie, że oto ogląda najbardziej rozkapryszoną księżną świata. Jako że wielu motywacji bohaterów trzeba się domyślać, to widz, który nie zna historii małżeństwa Diany i Karola, wyjdzie z kina z przekonaniem, że największy problemem Diany był nietrafiony prezent, który dostała od męża z okazji Bożego Narodzenia.

Ten film może być niezrozumiały dla młodych widzów, bo bardzo wielu rzeczy trzeba się domyślić, zatem zachowania bohaterki będą niezrozumiałe. W filmie słyszymy głos tylko jednej postaci – nieszczęśliwej Diany, która wszystkich dookoła oskarża o knucie przeciwko niej. Rodzina królewska została przedstawiona jako niema masa (w jednej tylko scenie królowa zwraca się bezpośrednio do Diany i można odnieść wrażenie, że stoi po jej stronie. A skoro tak, to przeciwko czemu buntuje się Diana, można pomyśleć). Pomijam już to, że kawał filmu to urojenia Diany, która została przedstawiona jako osuwająca się w odmęty choroby psychicznej. Ostatnie sceny dzieją się prawie wyłącznie w jej głowie i wydają się pochodzić z zupełnie innego filmu – i to filmu klasy B.

Czy „Spencer” to w ogóle film o księżnej Dianie?

Oglądając popadającą w obłęd Dianę, widz zaczyna sympatyzować z księciem Karolem i zastanawia się, jak biedak wytrzymał z taką wariatką. Nie wiem, co twórcy filmu chcieli osiągnąć, ale ośmieszyli swoją bohaterkę. Nie pomaga Kirsten Steward, która przez cały film ma ten sam cierpiętniczy wyraz twarzy.

Rzadko odradzam oglądanie filmów, które mnie się nie spodobały, bo przecież każdy ma inny gust. Tu jednak stanowczo odradzam. Wychodząc z kina nie będziecie mieć poczucia, że dowiedzieliście się czegokolwiek o Dianie. Nie wiem, na ile to, co zostało pokazane w filmie, miało miejsce w rzeczywistości. Odnoszę wrażenie, że reżyser tak luźno inspirował się życiem Diany, że równie dobrze to mógłby być film o jakiejś smutnej księżniczce nieistniejącego państwa. Tyle że na taki film przyszłoby niewielu widzów, więc dawaj, napiszmy w tytule, że to o royalsach, efekt będzie murowany. Coś mi podpowiada, że na ekranie dostaliśmy bajkę tylko dla niepoznaki opatrzoną na plakacie nazwiskiem Diany. Dawno nie oglądałam filmu, którego twórcy tak dalece poszli na łatwiznę. Czy naprawdę liczy się tylko liczba sprzedanych biletów?

 

Czy mogę cokolwiek pochwalić? Tak. Plakat, Skromny, przyciągający uwagę. Takie powinny być plakaty filmowe. I niestety, nic więcej

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *